Cudna sprawa! A raczej muza. Od wczoraj magluję płytkę, która wpadła mi w łapy, czyli soundtrack z japońskiego filmu Assault Girls.

Muzykę skomponował niezawodny Kenji Kawai, który stworzył utwory do takich filmów jak Ringu, Ringu 2 czy Dark Water. Oprócz tego możemy posłuchać jego kompozycji w anime Ghost in the Shell i wielu innych.
Jednak soundtrack z Assault Girls szczerze polecam, bo naprawdę warto zagłębić się w te jakże ciekawe dźwięki.

Muzykę skomponował niezawodny Kenji Kawai, który stworzył utwory do takich filmów jak Ringu, Ringu 2 czy Dark Water. Oprócz tego możemy posłuchać jego kompozycji w anime Ghost in the Shell i wielu innych.
Jednak soundtrack z Assault Girls szczerze polecam, bo naprawdę warto zagłębić się w te jakże ciekawe dźwięki.
26.12.2009 o godz. 10:15
komentuj (4)
Koniec marudzenia i użalania się nad byłymi związkami, które odeszły już do przeszłości i tymi, które być może jeszcze w przyszłości... (choć stawiam tylko na jeden jedyny, hehehe...). Duża zasługa w tym Takiej Jednej, hehehe.... :), która skutecznie swoim teatrzykiem zielonej gęsi mnie rozbawiła :) Na deser wrzucam reckę ''skośnookiego'' straszaka (a jakże!!!!)
____________________________________________________________
Miły i przyjemny film. Tajskie kino grozy niejednokrotnie mnie już zaskakiwało. Zazwyczaj była to fabuła, efekty specjalne bądź gore...makabryczne wydarzenia. Ta produkcja również zaskakuje i z pewnością spodoba się męskiej części publiczności, gdyż oto mamy okazję podziwiać piękne kobiety w niesamowicie zmysłowym tańcu...

Osiemnastoletnia Dau mieszka w małej tajskiej wiosce razem z babcią, która ją wychowała. Obie mają opinię czarownic, gdyż babka dziewczyny posiada umiejętności, które pozwalają jej korzystać z tajników magii. Schorowana kobieta przekazuje swoją wiedzę wnuczce od wielu lat. Niestety choroba kobiety postępuje i Dau jest zmuszona wyjechać do Bangkoku, aby zarobić pieniądze na potrzebne leki. Tam trafia do baru, gdzie podejmuje pracę tancerki go-go. Dla swoich celów zaczyna używać wcześniej przekazane jej zaklęcia magiczne, jednak łamie przy tym reguły, jakie rządzą magią. Ma to fatalne skutki...
Film ten pod wieloma względami przypomina japońskie i koreańskie produkcje grozy, gdzie obok ducha, który notabene jest główną tematyką filmu na co wskazuje sam tytuł (''pi'' w języku tajskim oznacza ducha) mamy także dość przyzwoite ilości czerwonej posoki na ekranie. Produkcja ta zdobyła od razu przychylne opinie krytyków, jak i fanów gatunku. Utorował on drogę kolejnym tajskim horrorom, choć nie był pierwszym. Mimo tego to właśnie on - zaraz obok Art of the Devil (2004) oraz Shutter (2004) - zdobył szereg pozytywnych recenzji na festiwalach filmowych, głównie na Frightfest w Londynie.
Ciekawostką jest fakt, że mimo iż cała akcja rozgrywa się w Bangkoku i większość aktorów pochodzi z Tajlandii, sam film został wyreżyserowany przez Brytyjczyka. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Paul Spurrier doskonale ukazał życie w nowoczesnym Bangkoku. W przejmujący sposób przedstawił historię młodej dziewczyny, która została zmuszona do wyjazdu z rodzinnej wioski, aby zarobić pieniądze na leki. W ''profesji'' jakiej się podjęła żądzą seks, rywalizacja i pieniądze. Aby coraz prężniej wspiąć się na szczeble kariery, Dau podejmuje ryzykowny krok i zaczyna korzystać z czarnej magii, jednak coraz bardziej zagłębiając się w ten mroczny i brutalny świat, zaczyna łamać wiele reguł. Wówczas to ciało jej zostaje opanowane przez potężne siły zła i z młodej i wrażliwej dziewczyny, Dau zmienia się diametralnie w bestię żądną krwi.
W filmie ujrzymy wiele młodych, atrakcyjnych kobiet i będziemy mogli podziwiać ich wdzięki. Swoją drogą uważam, że każda z nich zagrała naprawdę świetnie. W filmie zobaczymy także samego Spurrier'a, który zagrał pierwszego ''klienta'' Dau. No właśnie...Dau - tej postaci, a zwłaszcza aktorce, która wcieliła się w tą postać należy poświęcić nieco więcej uwagi. Tancerkę zagrała Suangporn Jaturaphut, co było bardzo dobrym wyborem. Jaturaphut jako Dau emanuje powabem, niewinnością, co kryje jednak seksualność bijącą z jej osoby.
W pewnych scenach, zwłaszcza podczas tańców i harców, film traci nieco swój nastrój grozy, jednak bardzo szybko ulega to zmianie, zwłaszcza wtedy, kiedy zapada noc i budzi się zło w naszej uroczej Dau. Będziemy mieli wówczas okazję oglądać sceny przesiąknięte krwią, nie zabraknie także wyprutych wnętrzności.
Może sam make-up ''złej Dau'' nie jest imponujący, to jednak sama Jatraphut jest doskonała. Naprawdę polecam.
____________________________________________________________
Miły i przyjemny film. Tajskie kino grozy niejednokrotnie mnie już zaskakiwało. Zazwyczaj była to fabuła, efekty specjalne bądź gore...makabryczne wydarzenia. Ta produkcja również zaskakuje i z pewnością spodoba się męskiej części publiczności, gdyż oto mamy okazję podziwiać piękne kobiety w niesamowicie zmysłowym tańcu...

Osiemnastoletnia Dau mieszka w małej tajskiej wiosce razem z babcią, która ją wychowała. Obie mają opinię czarownic, gdyż babka dziewczyny posiada umiejętności, które pozwalają jej korzystać z tajników magii. Schorowana kobieta przekazuje swoją wiedzę wnuczce od wielu lat. Niestety choroba kobiety postępuje i Dau jest zmuszona wyjechać do Bangkoku, aby zarobić pieniądze na potrzebne leki. Tam trafia do baru, gdzie podejmuje pracę tancerki go-go. Dla swoich celów zaczyna używać wcześniej przekazane jej zaklęcia magiczne, jednak łamie przy tym reguły, jakie rządzą magią. Ma to fatalne skutki...
Film ten pod wieloma względami przypomina japońskie i koreańskie produkcje grozy, gdzie obok ducha, który notabene jest główną tematyką filmu na co wskazuje sam tytuł (''pi'' w języku tajskim oznacza ducha) mamy także dość przyzwoite ilości czerwonej posoki na ekranie. Produkcja ta zdobyła od razu przychylne opinie krytyków, jak i fanów gatunku. Utorował on drogę kolejnym tajskim horrorom, choć nie był pierwszym. Mimo tego to właśnie on - zaraz obok Art of the Devil (2004) oraz Shutter (2004) - zdobył szereg pozytywnych recenzji na festiwalach filmowych, głównie na Frightfest w Londynie.
Ciekawostką jest fakt, że mimo iż cała akcja rozgrywa się w Bangkoku i większość aktorów pochodzi z Tajlandii, sam film został wyreżyserowany przez Brytyjczyka. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Paul Spurrier doskonale ukazał życie w nowoczesnym Bangkoku. W przejmujący sposób przedstawił historię młodej dziewczyny, która została zmuszona do wyjazdu z rodzinnej wioski, aby zarobić pieniądze na leki. W ''profesji'' jakiej się podjęła żądzą seks, rywalizacja i pieniądze. Aby coraz prężniej wspiąć się na szczeble kariery, Dau podejmuje ryzykowny krok i zaczyna korzystać z czarnej magii, jednak coraz bardziej zagłębiając się w ten mroczny i brutalny świat, zaczyna łamać wiele reguł. Wówczas to ciało jej zostaje opanowane przez potężne siły zła i z młodej i wrażliwej dziewczyny, Dau zmienia się diametralnie w bestię żądną krwi.
W filmie ujrzymy wiele młodych, atrakcyjnych kobiet i będziemy mogli podziwiać ich wdzięki. Swoją drogą uważam, że każda z nich zagrała naprawdę świetnie. W filmie zobaczymy także samego Spurrier'a, który zagrał pierwszego ''klienta'' Dau. No właśnie...Dau - tej postaci, a zwłaszcza aktorce, która wcieliła się w tą postać należy poświęcić nieco więcej uwagi. Tancerkę zagrała Suangporn Jaturaphut, co było bardzo dobrym wyborem. Jaturaphut jako Dau emanuje powabem, niewinnością, co kryje jednak seksualność bijącą z jej osoby.
W pewnych scenach, zwłaszcza podczas tańców i harców, film traci nieco swój nastrój grozy, jednak bardzo szybko ulega to zmianie, zwłaszcza wtedy, kiedy zapada noc i budzi się zło w naszej uroczej Dau. Będziemy mieli wówczas okazję oglądać sceny przesiąknięte krwią, nie zabraknie także wyprutych wnętrzności.
Może sam make-up ''złej Dau'' nie jest imponujący, to jednak sama Jatraphut jest doskonała. Naprawdę polecam.
20.10.2009 o godz. 13:28
Woetoli (polskie tłumaczenie tytułu brzmi ''Samotnik'') to debiut fabularny reżysera Park Jae-sik. Film jest horrorem podejmującym tematykę tzw. zjawiska hikikomori. Termin ten wywodzi się z języka japońskiego i odnosi się do osób, które zdecydowały się wycofać z życia społecznego. Osoby takie często szukają ekstremalnych stopni swojej izolacji. Czynnikiem, który zmusza je do takiego działania to zazwyczaj różne czynniki osobiste oraz społeczne w ich życiu. *

17-letnia uczennica Jeong Soo-na mieszka wraz z wujkiem oraz babką w pięknej i ekskluzywnej willi. Do momentu samobójczej śmierci swojej przyjaciółki, Ha-Jung, była ona wesołą nastolatką. Jednak po tym wydarzeniu dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Przesiaduje całymi dniami zamknięta w swoim pokoju i prowadzi rozmowy z kimś, kogo nie widać. Każda ingerencja rodziny kończy się groźbą popełnienia samobójstwa.
Jej wuj, Se-jin prosi o pomoc swoja narzeczoną - Yoon-mi, która pracuje jako psychiatra i specjalizuje się w hikikomori. Kobieta podejrzewa, że za wszystkim stoi jakieś ukryte wydarzenie, do którego doszło w rodzinie.
Film swoją oficjalną premierę w Korei miał w dniu 18 września 2008 roku. Już w pierwszy tydzień po premierze zajął siódme miejsce w rankingu nowości filmowych z ponad 45 tysiącami wejść. Do dnia 5 października, film obejrzało już około 75 tys. widzów, a do 12 października zarobił on łącznie 412.300 $.
Zdobył on także wiele przychylnych recenzji od krytyków koreańskich jak i krytyków z krajów zachodnich.
Tu śmiało mogę napisać, że słusznie zasługuje on na miano jednego z najbardziej niesamowitych horrorów roku 2008. Widać, że fabuła jest przemyślana i nie dopatrzymy się jakiś nieścisłości czy tym bardziej jej niezrozumienia. Wszystko w sposób trwały buduje napięcie i namacalny lęk. W całej produkcji zobaczymy kilka scen śmierci, jednak mam wrażenie, że bardziej postawiono tu na lęk psychologiczny niż ten, który wypływa z makabrycznych widoków zakrwawionych twarzy czy innych przerażających postaci.
Z pewnością urzeknie nas melancholijność całej produkcji. Jakiejś specjalnej brutalności i krzyków tu brak. Ciekawe jest, że początkowo odniesiemy wrażenie, że śmierć przyjaciółki będzie głównym motywem przewodnim filmu. Jednak tak naprawdę okaże się, że właściwie to samobójstwo nie będzie miało nic wspólnego z wydarzeniami oglądanymi w Woetoli. Będzie to dla nas miłą niespodzianką, bo film nas zaskoczy i to niejeden raz. Z drugiej jednak strony czuję się nieco zawiedziona, że właśnie ten wątek został zepchnięty na drugi plan i zastąpiony dramatem rodzinnym Soo-na.
Poznamy mroczny sekret rodziny głównej bohaterki...jakże dramatyczny. Życie przesiąknięte bólem i cierpieniem.
Nie doszukujmy się jednak jakiś nowości pod względem fabularnym, gdyż problem alienacji pojawił się już w innej koreańskiej produkcji - APT w reżyserii Byeong-ki Ahn z roku 2006. Jednak tu niemal w sposób namacalny doświadczymy tej choroby cywilizacyjnej, która z roku na rok przybiera na sile i w swój niszczycielski wir wciąga coraz to nowe rzesze głównie młodych ludzi.
Jak wspomniałam, nie zabraknie tu scen, które przyprawią nas o dreszczyk, jednak da się zauważyć, że twórcy oszczędzają na makabrycznych efektach specjalnych tak charakterystycznych dla grozy rodem z Azji, czyli mam tu na myśli postać długowłosej kobiety. Owszem pojawi się ona w filmie, ale będzie to zaledwie w dwóch...może trzech scenach. Tak naprawdę najbardziej przerażające w całym filmie jest zachowanie Soon-na. Pogrążona zupełnie w obłędzie dziewczyna, traci kontakt z otaczającą ją rzeczywistością, a jej bliscy nie są w stanie jej pomóc.
Jednak żeby nie było tak słodko, ponarzekam nieco na końcówkę filmu, która wprowadza odrobinę zamieszania, gdy właśnie pojawia się rozwiązanie zagadki związane z problemami rodzinnymi. Wkrada się tu trochę niezrozumienia, co może popsuć zabawę i chyba to jest minusem (jak dla mnie jedynym) filmu.
Woetoli to film zdecydowanie dobry, jednak brakuje mu do miana bardzo dobrego, gdyż ukazana tu problematyka rodzinna wprowadziła całą produkcję na jakże utarty już szlak wielu koreańskich dreszczowców, co postawiło go obok setek innych podobnych filmów. Jednak jak najbardziej polecam jego obejrzenie, gdyż posiada kilka znakomitych scen, które zapadną nam w pamięć na długi, długi czas.
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hikikomori

17-letnia uczennica Jeong Soo-na mieszka wraz z wujkiem oraz babką w pięknej i ekskluzywnej willi. Do momentu samobójczej śmierci swojej przyjaciółki, Ha-Jung, była ona wesołą nastolatką. Jednak po tym wydarzeniu dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Przesiaduje całymi dniami zamknięta w swoim pokoju i prowadzi rozmowy z kimś, kogo nie widać. Każda ingerencja rodziny kończy się groźbą popełnienia samobójstwa.
Jej wuj, Se-jin prosi o pomoc swoja narzeczoną - Yoon-mi, która pracuje jako psychiatra i specjalizuje się w hikikomori. Kobieta podejrzewa, że za wszystkim stoi jakieś ukryte wydarzenie, do którego doszło w rodzinie.
Film swoją oficjalną premierę w Korei miał w dniu 18 września 2008 roku. Już w pierwszy tydzień po premierze zajął siódme miejsce w rankingu nowości filmowych z ponad 45 tysiącami wejść. Do dnia 5 października, film obejrzało już około 75 tys. widzów, a do 12 października zarobił on łącznie 412.300 $.
Zdobył on także wiele przychylnych recenzji od krytyków koreańskich jak i krytyków z krajów zachodnich.
Tu śmiało mogę napisać, że słusznie zasługuje on na miano jednego z najbardziej niesamowitych horrorów roku 2008. Widać, że fabuła jest przemyślana i nie dopatrzymy się jakiś nieścisłości czy tym bardziej jej niezrozumienia. Wszystko w sposób trwały buduje napięcie i namacalny lęk. W całej produkcji zobaczymy kilka scen śmierci, jednak mam wrażenie, że bardziej postawiono tu na lęk psychologiczny niż ten, który wypływa z makabrycznych widoków zakrwawionych twarzy czy innych przerażających postaci.
Z pewnością urzeknie nas melancholijność całej produkcji. Jakiejś specjalnej brutalności i krzyków tu brak. Ciekawe jest, że początkowo odniesiemy wrażenie, że śmierć przyjaciółki będzie głównym motywem przewodnim filmu. Jednak tak naprawdę okaże się, że właściwie to samobójstwo nie będzie miało nic wspólnego z wydarzeniami oglądanymi w Woetoli. Będzie to dla nas miłą niespodzianką, bo film nas zaskoczy i to niejeden raz. Z drugiej jednak strony czuję się nieco zawiedziona, że właśnie ten wątek został zepchnięty na drugi plan i zastąpiony dramatem rodzinnym Soo-na.
Poznamy mroczny sekret rodziny głównej bohaterki...jakże dramatyczny. Życie przesiąknięte bólem i cierpieniem.
Nie doszukujmy się jednak jakiś nowości pod względem fabularnym, gdyż problem alienacji pojawił się już w innej koreańskiej produkcji - APT w reżyserii Byeong-ki Ahn z roku 2006. Jednak tu niemal w sposób namacalny doświadczymy tej choroby cywilizacyjnej, która z roku na rok przybiera na sile i w swój niszczycielski wir wciąga coraz to nowe rzesze głównie młodych ludzi.
Jak wspomniałam, nie zabraknie tu scen, które przyprawią nas o dreszczyk, jednak da się zauważyć, że twórcy oszczędzają na makabrycznych efektach specjalnych tak charakterystycznych dla grozy rodem z Azji, czyli mam tu na myśli postać długowłosej kobiety. Owszem pojawi się ona w filmie, ale będzie to zaledwie w dwóch...może trzech scenach. Tak naprawdę najbardziej przerażające w całym filmie jest zachowanie Soon-na. Pogrążona zupełnie w obłędzie dziewczyna, traci kontakt z otaczającą ją rzeczywistością, a jej bliscy nie są w stanie jej pomóc.
Jednak żeby nie było tak słodko, ponarzekam nieco na końcówkę filmu, która wprowadza odrobinę zamieszania, gdy właśnie pojawia się rozwiązanie zagadki związane z problemami rodzinnymi. Wkrada się tu trochę niezrozumienia, co może popsuć zabawę i chyba to jest minusem (jak dla mnie jedynym) filmu.
Woetoli to film zdecydowanie dobry, jednak brakuje mu do miana bardzo dobrego, gdyż ukazana tu problematyka rodzinna wprowadziła całą produkcję na jakże utarty już szlak wielu koreańskich dreszczowców, co postawiło go obok setek innych podobnych filmów. Jednak jak najbardziej polecam jego obejrzenie, gdyż posiada kilka znakomitych scen, które zapadną nam w pamięć na długi, długi czas.
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hikikomori
14.10.2009 o godz. 14:03
Full Metal Yakuza to taki niskobudżetowy i do tego gangsterski Robocop, gdzie motywem przewodnim jest yakuza i zemsta. Reżyserem tego zaskakującego dzieła jest Takashi Miike, którego obrazy znane są z brutalności i masy czerwonej farby na ekranie. Filmowiec przyzwyczaił już swoich widzów do scen, gdzie sieka się głowy, torturuje i gwałci.
W Full Metal Yakuza doświadczymy każdego po trochu.

Kensuke Hagane to próżny człowiek, w którego głowie tkwi jednak marzenie o bycie yakuzą. Mimo tego nie wykazuje on żadnego potencjału i wkrótce staje się pośmiewiskiem dla wszystkich w gangu. Za swój wzór prawdziwego yakuza obrał sobie niejakiego Tousa, twardego mężczyznę z wytatuowanym smokiem na plecach.
Po siedmiu latach pobytu w więzieniu, Tous wychodzi na wolność, a Hagane zostaje jego szoferem.
Niestety niedługo potem kilku ludzi z gangu Tousa zdradza swojego przywódcę i ginie on wraz z Hagane w gradzie kul. Wkrótce Kensuke budzi się w dziwnym laboratorium i stwierdza, że jego głowa została usunięta, a ciało leży gdzieś na pobliskim stole...
Niczego tu nie należy brać poważnie, a zwłaszcza powstania ów Hagane-cyborga, który aby nabrać energii ''życiowej'' wcina sobie w najlepsze kule oraz inne różniaste żelastwa.
Z początku dowiadujemy się, że jego ciało jest w pełni metalowe, jednak potem naukowiec, który stworzył cyborga oznajmia mu, że kilka części zostało mu ''przeszczepionych'' z ciała Tousa, a w tym i...penis, co mogłoby okazać się przydatne, gdy nasz bohater poznaje byłą kobietę gangstera. Jednak bądź, co bądź - nie wykorzystuje swojego ''atutu męskości'' (choć zakochuje się w kobiecie, a ona w nim). Woli całkowicie oddać się zemście i przybiera ona na sile w momencie porwania ukochanej przez konkurencyjny gang yakuza.
Przyznaję, że właśnie wtedy jatka staje się naprawdę ciekawa. Wprawdzie już od początku, kiedy Hagane-cyborg wyrusza na poszukiwanie zdrajców jest interesująco i mamy okazję posmakować dużej dawki brutalnej walki, to jednak właśnie scena, kiedy była kobieta Tousa zostaje porwana i nasz bohater się o tym dowiaduje...tu zaczyna się totalnie szaleńcze kino. Krew tryska na wszystkie strony, pojawia się kilka ciekawych scen tortur i wiele surrealizmu.
Jeśli chodzi o sam cyberpunk, do którego nurtu film się zalicza, to efekty wizualne są na podobnym poziomie, jak miało to miejsce w przypadku Androida z Notre Dame. Widać to zwłaszcza w scenie, kiedy Hagane przekształca się w cyborga.
Całość wypada bardzo efektownie.
Full Metal Yakuza jest filmem bardzo interesującym, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że powstał przy niskim budżecie, jakim dysponował Miike. Fanów kina cyberpunkowego, do których zaliczam się i ja, z pewnością ucieszą oglądane wizualizacje. Wprawdzie pojawia się kilka scen, których nie możemy w żaden sposób powiązać z pokazywaną historią (jak np. próba stworzenia kobiety-cyborga), jednak jest ich niewiele i pewnie większość widzów nawet nie zwróci na nie uwagi.
To godny uwagi, ekstremalny japoński cyberpunk, który polecam każdemu miłośnikowi filmowego surrealizmu.
W Full Metal Yakuza doświadczymy każdego po trochu.

Kensuke Hagane to próżny człowiek, w którego głowie tkwi jednak marzenie o bycie yakuzą. Mimo tego nie wykazuje on żadnego potencjału i wkrótce staje się pośmiewiskiem dla wszystkich w gangu. Za swój wzór prawdziwego yakuza obrał sobie niejakiego Tousa, twardego mężczyznę z wytatuowanym smokiem na plecach.
Po siedmiu latach pobytu w więzieniu, Tous wychodzi na wolność, a Hagane zostaje jego szoferem.
Niestety niedługo potem kilku ludzi z gangu Tousa zdradza swojego przywódcę i ginie on wraz z Hagane w gradzie kul. Wkrótce Kensuke budzi się w dziwnym laboratorium i stwierdza, że jego głowa została usunięta, a ciało leży gdzieś na pobliskim stole...
Niczego tu nie należy brać poważnie, a zwłaszcza powstania ów Hagane-cyborga, który aby nabrać energii ''życiowej'' wcina sobie w najlepsze kule oraz inne różniaste żelastwa.
Z początku dowiadujemy się, że jego ciało jest w pełni metalowe, jednak potem naukowiec, który stworzył cyborga oznajmia mu, że kilka części zostało mu ''przeszczepionych'' z ciała Tousa, a w tym i...penis, co mogłoby okazać się przydatne, gdy nasz bohater poznaje byłą kobietę gangstera. Jednak bądź, co bądź - nie wykorzystuje swojego ''atutu męskości'' (choć zakochuje się w kobiecie, a ona w nim). Woli całkowicie oddać się zemście i przybiera ona na sile w momencie porwania ukochanej przez konkurencyjny gang yakuza.
Przyznaję, że właśnie wtedy jatka staje się naprawdę ciekawa. Wprawdzie już od początku, kiedy Hagane-cyborg wyrusza na poszukiwanie zdrajców jest interesująco i mamy okazję posmakować dużej dawki brutalnej walki, to jednak właśnie scena, kiedy była kobieta Tousa zostaje porwana i nasz bohater się o tym dowiaduje...tu zaczyna się totalnie szaleńcze kino. Krew tryska na wszystkie strony, pojawia się kilka ciekawych scen tortur i wiele surrealizmu.
Jeśli chodzi o sam cyberpunk, do którego nurtu film się zalicza, to efekty wizualne są na podobnym poziomie, jak miało to miejsce w przypadku Androida z Notre Dame. Widać to zwłaszcza w scenie, kiedy Hagane przekształca się w cyborga.
Całość wypada bardzo efektownie.
Full Metal Yakuza jest filmem bardzo interesującym, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że powstał przy niskim budżecie, jakim dysponował Miike. Fanów kina cyberpunkowego, do których zaliczam się i ja, z pewnością ucieszą oglądane wizualizacje. Wprawdzie pojawia się kilka scen, których nie możemy w żaden sposób powiązać z pokazywaną historią (jak np. próba stworzenia kobiety-cyborga), jednak jest ich niewiele i pewnie większość widzów nawet nie zwróci na nie uwagi.
To godny uwagi, ekstremalny japoński cyberpunk, który polecam każdemu miłośnikowi filmowego surrealizmu.
Tagi:
cyberpunk
film
full metal gokudô
full metal yakuza
japonia
kino
sakebi
surrealizm
takashi miike
06.10.2009 o godz. 18:48
Grupa Anglików z brytyjskiego oddziału koncernu zbrojeniowego Palisade Defence udaje się na weekend integracyjny, który ma spędzić w luksusowym domku w lesie na Węgrzech.
Dacza nie dość, że okazuje się mało luksusowa, to jeszcze krążą wieści, że miała być schronieniem psychopatycznych przestępców wojennych.
Pogłoski okazują się prawdziwe, gdyż wycieczkowicze zaczynają ginąć jeden po drugim, zamordowani w przerażający sposób.

Formuła mocno oklepana, ale Christopher Smith postarał się o to, aby film jednak się trochę różnił, przynajmniej poziomem, od schematycznych obrazów z głupawymi nastolatkami, które ktoś lub coś pozbawia życia w wyrafinowany sposób.
To także ma miejsce w Redukcji, której bohaterowie żegnają się z ziemskim padołem również z powodu niebanalnych metod zabijania. Jednak na tym nie poprzestaniemy i sporo uwagi poświęcono samym bohaterom, dzięki czemu widz ma czas trochę się z nimi zżyć.
Gatunkowo Redukcja jest nie tylko horrorem, ale również po części komedią z zacięciem satyrycznym.
Jako horror umiejętnie trzyma w napięciu, a grozę i to, co się wydarzy, zgrabnie zapowiada już scena początkowa...
Myślę, że warto zapoznać się z tą produkcją, bo nie jest to tylko typowy kicz horrorowy, ale ciekawie dobrana i przede wszystkim zgrana groza z humorem.
Dacza nie dość, że okazuje się mało luksusowa, to jeszcze krążą wieści, że miała być schronieniem psychopatycznych przestępców wojennych.
Pogłoski okazują się prawdziwe, gdyż wycieczkowicze zaczynają ginąć jeden po drugim, zamordowani w przerażający sposób.

Formuła mocno oklepana, ale Christopher Smith postarał się o to, aby film jednak się trochę różnił, przynajmniej poziomem, od schematycznych obrazów z głupawymi nastolatkami, które ktoś lub coś pozbawia życia w wyrafinowany sposób.
To także ma miejsce w Redukcji, której bohaterowie żegnają się z ziemskim padołem również z powodu niebanalnych metod zabijania. Jednak na tym nie poprzestaniemy i sporo uwagi poświęcono samym bohaterom, dzięki czemu widz ma czas trochę się z nimi zżyć.
Gatunkowo Redukcja jest nie tylko horrorem, ale również po części komedią z zacięciem satyrycznym.
Jako horror umiejętnie trzyma w napięciu, a grozę i to, co się wydarzy, zgrabnie zapowiada już scena początkowa...
Myślę, że warto zapoznać się z tą produkcją, bo nie jest to tylko typowy kicz horrorowy, ale ciekawie dobrana i przede wszystkim zgrana groza z humorem.
26.09.2009 o godz. 11:50
Napisana w roku 1989 książka, której tytuł brzmi Mania, należy dziś do jednych z najlepszych powieści grozy Guy N. Smitha, brytyjskiego pisarza, który już na początku lat 70-tych zafascynowany horrorem, zaczął pisać krótkie opowiadania grozy dla magazynu London Mystery Magazine.
Mimo, iż jego horrory, których dziś napisał już dość pokaźną ilość (około 64) zaliczane są do niezbyt ambitnej literatury, to jednak zdobyły dużą popularność na całym świecie, a autor zyskał liczne rzesze fanów.

Troje podróżnych, przygnanych śnieżycą, znajduje schronienie w małym, wydawać by się mogło, spokojnym hoteliku. Wkrótce okazuje się, że jest to miejsce opanowane przez szatana, który oddziałuje na mieszkańców, zmieniając ich życie w krwawy koszmar.
Kiedy w ręce po raz pierwszy wpadła mi książka Guy N. Smitha - Sabat 3: Kult kanibali, był rok około 1994-95. Pamiętam, że zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, a jako że znalazłam ją na półce wujka, pozwoliłam ją sobie pożyczyć, a w rezultacie została się u mnie na stałe.
Już podczas tej pierwszej lektury, wiedziałam że mam do czynienia z dziełem wyjątkowym, a nazwisko autora na długo, długo pozostało mi w pamięci.
Dziś, jako zagorzała fanka powieści Smitha, mogę się pochwalić dość pokaźną kolekcją jego książek, a wśród nich jest i ta, którą pragnę Wam dziś przedstawić...
Kiedy trwała (i zresztą trwa do dziś) moja głęboka fascynacja dziełami Smitha (wówczas książki pożyczałam od kuzynki i ciotki), pochłaniałam wszystko, co wpadało mi w ręce i było podpisane nazwiskiem ''Guy N. Smith''. Pamiętam, że gdy przyszła kolej na Manię, kuzynka nie chciała mi książki pożyczyć, ba...ona po prostu nie chciała, abym ją przeczytała. Dopiero po kilku latach, kiedy tytuł ten stał się moją własnością, zrozumiałam dlaczego...
Historia, którą nam przedstawia Smith w swojej książce jest totalnym obłędem.
Te oto słowa przeczytamy na pierwszej stronie książki. Jeśli napisał je sam autor, wiedział co czyni. Mania jest na wskroś przepełniona złem. Opisy rozgrywanych wydarzeń, bohaterów, ponurych lokacji są tak wyraźne i tak szczegółowo opisane, że ma się niemal wrażenie, jakbyśmy oglądali film...oczywiście oczami wyobraźni.
Nawet kiedy autor opisuje np. fetor, jaki towarzyszy gnijącym ciałom czy obecności w pobliżu samego szatana...możemy sobie wyobrazić ten smród.
Dodatkowym smaczkiem jest olbrzymia ilość erotyki, jaką Smith w swej powieści przedstawia. Niekiedy opisy są lepsze niż niejeden film erotyczny i na wyobraźnie zadziałać potrafi całkiem nieźle.
Po dłuższym czasie czytania książki non-stop miałam wrażenie, że zupełnie przeniknęłam do opisywanego świata i obłęd, jaki dopadł bohaterów, dopadł także i mnie. Naprawdę człowiek może odjechać w niezły schiz...
...i pewnie za to kocham te nieco kiczowate, lecz jakże klimatyczne horrory Guy N. Smitha.
Polecam.
# Autor: Smith Guy N. (Smith Guy Newman)
# Tytuł oryginalny: Mania
# Język oryginalny: angielski
# Kategoria: Literatura piękna
# Gatunek: horror
# Forma: powieść
# Wydawnictwo: Phantom Press
# Rok wydania (Polska): 1991
Mimo, iż jego horrory, których dziś napisał już dość pokaźną ilość (około 64) zaliczane są do niezbyt ambitnej literatury, to jednak zdobyły dużą popularność na całym świecie, a autor zyskał liczne rzesze fanów.

Troje podróżnych, przygnanych śnieżycą, znajduje schronienie w małym, wydawać by się mogło, spokojnym hoteliku. Wkrótce okazuje się, że jest to miejsce opanowane przez szatana, który oddziałuje na mieszkańców, zmieniając ich życie w krwawy koszmar.
Kiedy w ręce po raz pierwszy wpadła mi książka Guy N. Smitha - Sabat 3: Kult kanibali, był rok około 1994-95. Pamiętam, że zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, a jako że znalazłam ją na półce wujka, pozwoliłam ją sobie pożyczyć, a w rezultacie została się u mnie na stałe.
Już podczas tej pierwszej lektury, wiedziałam że mam do czynienia z dziełem wyjątkowym, a nazwisko autora na długo, długo pozostało mi w pamięci.
Dziś, jako zagorzała fanka powieści Smitha, mogę się pochwalić dość pokaźną kolekcją jego książek, a wśród nich jest i ta, którą pragnę Wam dziś przedstawić...
Kiedy trwała (i zresztą trwa do dziś) moja głęboka fascynacja dziełami Smitha (wówczas książki pożyczałam od kuzynki i ciotki), pochłaniałam wszystko, co wpadało mi w ręce i było podpisane nazwiskiem ''Guy N. Smith''. Pamiętam, że gdy przyszła kolej na Manię, kuzynka nie chciała mi książki pożyczyć, ba...ona po prostu nie chciała, abym ją przeczytała. Dopiero po kilku latach, kiedy tytuł ten stał się moją własnością, zrozumiałam dlaczego...
Historia, którą nam przedstawia Smith w swojej książce jest totalnym obłędem.
''Przed wami wędrówka w najciemniejsze zakamarki ludzkiego umysłu, odkrywanie nieznanego. Wasz spokój będzie zagrożony, dlatego podróż tę podejmujecie na własne ryzyko. Dla niektórych z was może już nie być powrotu.''
Te oto słowa przeczytamy na pierwszej stronie książki. Jeśli napisał je sam autor, wiedział co czyni. Mania jest na wskroś przepełniona złem. Opisy rozgrywanych wydarzeń, bohaterów, ponurych lokacji są tak wyraźne i tak szczegółowo opisane, że ma się niemal wrażenie, jakbyśmy oglądali film...oczywiście oczami wyobraźni.
Nawet kiedy autor opisuje np. fetor, jaki towarzyszy gnijącym ciałom czy obecności w pobliżu samego szatana...możemy sobie wyobrazić ten smród.
Dodatkowym smaczkiem jest olbrzymia ilość erotyki, jaką Smith w swej powieści przedstawia. Niekiedy opisy są lepsze niż niejeden film erotyczny i na wyobraźnie zadziałać potrafi całkiem nieźle.
Po dłuższym czasie czytania książki non-stop miałam wrażenie, że zupełnie przeniknęłam do opisywanego świata i obłęd, jaki dopadł bohaterów, dopadł także i mnie. Naprawdę człowiek może odjechać w niezły schiz...
...i pewnie za to kocham te nieco kiczowate, lecz jakże klimatyczne horrory Guy N. Smitha.
Polecam.
# Autor: Smith Guy N. (Smith Guy Newman)
# Tytuł oryginalny: Mania
# Język oryginalny: angielski
# Kategoria: Literatura piękna
# Gatunek: horror
# Forma: powieść
# Wydawnictwo: Phantom Press
# Rok wydania (Polska): 1991
24.09.2009 o godz. 14:17
Mogłoby się wydawać, że nie powstanie już ciekawy film o nawiedzonym lesie, tudzież zagubionych turystach, których wyprawa w urokliwe leśne tereny przemieni się w prawdziwy koszmar.
A jednak koreański reżyser Jeong-min Kim, potrafił zrobić horror interesujący, który właśnie wykorzystuje tematykę tajemniczego lasu oraz grupki młodych ludzi pragnących mocnych wrażeń. Jest ciekawie.

Woo-jin, Jung-ah i trójka ich znajomych wybierają się na wycieczkę treningową w góry. Po drodze Se-Eun i Joon-hoo zostają ranni. Grupa musi stawić czoło poważnej przeszkodzie - telefony nie mają zasięgu, więc są oni odcięci od świata. Jung-ah jest szczególnie zdenerwowana - ma zdolność widzenia przyszłych zdarzeń, którą odziedziczyła po rodzicach - szamanach. Przerażone towarzystwo będzie miało okazję doświadczyć wstrząsających sekretów lasu...
I tyle w skrócie fabuła...
Niestety, film nie ustrzegł się stereotypowej fabuły, przez co z góry będziemy mogli przewidzieć o co w tym wszystkim chodzi. Ludzie jeden po drugim giną, a wśród nich znajdzie się romantyczna para, która stawi dzielnie czoła niebezpieczeństwu.
Taka konstrukcja filmu ciągnie się nieprzerwanie już od kilku lat w zachodnim kinie (i to nie tylko grozy). Jak widać trafiła teraz także na azjatycki grunt.
Kolejnym minusem, o którym trzeba tu wspomnieć, to nielogiczność niektórych scen.
I tak na przykład do dziś nie bardzo rozumiem, dlaczego Woo-jin po zaginięciu swojego przyjaciela nie poszedł od razu na policję, a nakazał sprawdzić teren, zagłębiając się w okoliczne lasy. Oczywiście próbował on skorzystać z telefonu komórkowego, aby wezwać pomoc, niestety na nic się to nie zdało, gdyż nie było sygnału, co też nie jest żadną nowością. Niejednokrotnie zapewne i nam zdarzało się, że będąc w lesie, gdzie wokół same drzewa, traciliśmy zasięg. Niestety nasz bohater jakby nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę i raz za razem próbował się dodzwonić tu i tam.
Osobiście nie przypadł mi do gustu pomysł z darem Jeong-ah. Widziała ona przyszłe wydarzenia, ale mimo tego wszystko było jakoś mało inspirujące. W końcu ten wątek wysunął się na pierwszy plan opowiadanej historii. Może to i dobrze.
Mimo w/w minusów film jednak na swój sposób jest ciekawy. Mroczny klimat ciemnego lasu, niepewność bohaterów i bądź co bądź niekiedy przerażające wydarzenia robią swoje. Tu produkcja Jeong-min Kim sprawdza się znakomicie. Las powoli odkrywa przed bohaterami swoje mroczne tajemnice, a my razem z nimi mamy okazję poznać ten dziwaczny i przerażający świat. Momentami wydaje się, że ludzie nie mają szans w starciu z panującymi w tym miejscu siłami zła.
Myślę, że jak na horror klasy B, Dark Forest daje sobie radę całkiem nieźle. Poczujemy dreszczyk emocji, najemy się trochę strachu, poznamy intrygującą tajemnicę...czego więcej trzeba w horrorze? No, może wspomniane nielogiczności popsują nam nieco zabawę, ale kto tam się będzie czepiał.
Krótko mówiąc (a raczej pisząc): kolejna porządna koreańska produkcja grozy, z którą powinien się zapoznać każdy fan skośnookiego strachu.
A jednak koreański reżyser Jeong-min Kim, potrafił zrobić horror interesujący, który właśnie wykorzystuje tematykę tajemniczego lasu oraz grupki młodych ludzi pragnących mocnych wrażeń. Jest ciekawie.

Woo-jin, Jung-ah i trójka ich znajomych wybierają się na wycieczkę treningową w góry. Po drodze Se-Eun i Joon-hoo zostają ranni. Grupa musi stawić czoło poważnej przeszkodzie - telefony nie mają zasięgu, więc są oni odcięci od świata. Jung-ah jest szczególnie zdenerwowana - ma zdolność widzenia przyszłych zdarzeń, którą odziedziczyła po rodzicach - szamanach. Przerażone towarzystwo będzie miało okazję doświadczyć wstrząsających sekretów lasu...
I tyle w skrócie fabuła...
Niestety, film nie ustrzegł się stereotypowej fabuły, przez co z góry będziemy mogli przewidzieć o co w tym wszystkim chodzi. Ludzie jeden po drugim giną, a wśród nich znajdzie się romantyczna para, która stawi dzielnie czoła niebezpieczeństwu.
Taka konstrukcja filmu ciągnie się nieprzerwanie już od kilku lat w zachodnim kinie (i to nie tylko grozy). Jak widać trafiła teraz także na azjatycki grunt.
Kolejnym minusem, o którym trzeba tu wspomnieć, to nielogiczność niektórych scen.
I tak na przykład do dziś nie bardzo rozumiem, dlaczego Woo-jin po zaginięciu swojego przyjaciela nie poszedł od razu na policję, a nakazał sprawdzić teren, zagłębiając się w okoliczne lasy. Oczywiście próbował on skorzystać z telefonu komórkowego, aby wezwać pomoc, niestety na nic się to nie zdało, gdyż nie było sygnału, co też nie jest żadną nowością. Niejednokrotnie zapewne i nam zdarzało się, że będąc w lesie, gdzie wokół same drzewa, traciliśmy zasięg. Niestety nasz bohater jakby nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę i raz za razem próbował się dodzwonić tu i tam.
Osobiście nie przypadł mi do gustu pomysł z darem Jeong-ah. Widziała ona przyszłe wydarzenia, ale mimo tego wszystko było jakoś mało inspirujące. W końcu ten wątek wysunął się na pierwszy plan opowiadanej historii. Może to i dobrze.
Mimo w/w minusów film jednak na swój sposób jest ciekawy. Mroczny klimat ciemnego lasu, niepewność bohaterów i bądź co bądź niekiedy przerażające wydarzenia robią swoje. Tu produkcja Jeong-min Kim sprawdza się znakomicie. Las powoli odkrywa przed bohaterami swoje mroczne tajemnice, a my razem z nimi mamy okazję poznać ten dziwaczny i przerażający świat. Momentami wydaje się, że ludzie nie mają szans w starciu z panującymi w tym miejscu siłami zła.
Myślę, że jak na horror klasy B, Dark Forest daje sobie radę całkiem nieźle. Poczujemy dreszczyk emocji, najemy się trochę strachu, poznamy intrygującą tajemnicę...czego więcej trzeba w horrorze? No, może wspomniane nielogiczności popsują nam nieco zabawę, ale kto tam się będzie czepiał.
Krótko mówiąc (a raczej pisząc): kolejna porządna koreańska produkcja grozy, z którą powinien się zapoznać każdy fan skośnookiego strachu.
22.09.2009 o godz. 10:35
Ten wspaniały dramat, którego twórcą jest nie kto inny, jak znakomity Kiyoshi Kurosawa w dogłębny sposób przedstawia analizę rozpadu współczesnej japońskiej rodziny. Ojciec niedawno stracił pracę, ale ukrywa prawdę przed najbliższymi. Starszy syn, uczeń collegu, niechętnie wraca do domu. Młodszy w tajemnicy bierze lekcje gry na fortepianie. Matka nie może w sobie znaleźć woli, żeby scalać rodzinne więzi...

Tym krótkim wstępem oto przybliżyłam także szczątkowo fabułę filmu, który otrzymał nominację w 2008 roku za najlepszą reżyserię i scenariusz na festiwalu Asia Pacific Screen.
Reżyser już niejednokrotnie zasłynął w światku japońskich horrorów za sprawą takich filmów jak: Cure (1997) czy Retribution (Sakebi) z roku 2006. Tym razem jednak mamy do czynienia z dziełem o nieco innym wydźwięku. Wprawdzie Tokyo Sonata po części podziela podobną tematykę, jak dwa wcześniejsze filmy, to jednak robi to w nieco inny sposób.
Przede wszystkim brak tu jakichkolwiek elementów horrorów, bohaterowie nie są odrywani od rzeczywistości i nie doświadczymy tu żadnego ''extreme''. Nie znajdziemy tu niespokojnych wizji męczących naszych bohaterów czy też nieziemskich objawień. Zamiast tego obejrzymy pozornie normalną rodzinę wplecioną w trudne życie współczesnego wielkiego miasta, która musi się zmagać z tradycyjną strukturą metropolii, rolami społecznymi, które - czy chcemy czy nie - są na nas dziś narzucane. Film podejmuje także problematykę tzw. sumienia zbiorowego.
Zamiarem reżysera było przede wszystkim ukazanie życia zwyczajnej japońskiej rodziny, mieszkającej we współczesnej Japonii.
Mimo iż każdy z bohaterów przeżywa swój indywidualny dramat i stawia czoła kolejnym, własnym przeciwnością losu, to jednak głównym zamierzeniem jest pokazanie bezcelowego życia japońskiego społeczeństwa, a co za tym idzie, rodzin i osób, które go zawierają.
Podobnie jak w wielu filmach Kurosawy, pozorne osiągnięcia zbawienia jest tak naprawdę niemożliwe. Trzeba zmierzyć się ze swoimi demonami i przejść przez ognie piekielne, aby to zbawienie osiągnąć.
Takim piekłem w Tokyo Sonata jest bardzo realne zagrożenie i doświadczenie ''wypadnięcia'' ze społeczeństwa, zagubienie własnej tożsamości, a przede wszystkim utracenie sensu życia.
To, co zachwyca w tym filmie najbardziej, to fakt, że podczas seansu zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z historią, która tak naprawdę może dotyczyć także nas samych, naszych sąsiadów czy bliskich. Wprawdzie wszystko rozgrywa się w Japonii, w realiach japońskiej rodziny, ale czy dzisiejsze problemy społeczeństwa nie są uniwersalne?
Dodatkowym plusem jest samo przedstawienie problematyki filmu: zdjęcia i niuanse są tu niemal namacalne. Także obsada jest bardzo przekonująca. Nieco mniej przekonujące są niektóre elementy fabuły, które wprowadzają niepotrzebnie odczucie przesady. Nie jest tego jednak aż tak wiele, dlatego też daruję sobie szczegóły.
Uważam, że warto chwycić za ten film, bo jest to znakomita odskocznia od nieco pokręconych dzieł Kurosawy, którymi reżyser karmił nas do tej pory.
Podziękowania dla Yumi za udostępnienie recenzji!

Tym krótkim wstępem oto przybliżyłam także szczątkowo fabułę filmu, który otrzymał nominację w 2008 roku za najlepszą reżyserię i scenariusz na festiwalu Asia Pacific Screen.
Reżyser już niejednokrotnie zasłynął w światku japońskich horrorów za sprawą takich filmów jak: Cure (1997) czy Retribution (Sakebi) z roku 2006. Tym razem jednak mamy do czynienia z dziełem o nieco innym wydźwięku. Wprawdzie Tokyo Sonata po części podziela podobną tematykę, jak dwa wcześniejsze filmy, to jednak robi to w nieco inny sposób.
Przede wszystkim brak tu jakichkolwiek elementów horrorów, bohaterowie nie są odrywani od rzeczywistości i nie doświadczymy tu żadnego ''extreme''. Nie znajdziemy tu niespokojnych wizji męczących naszych bohaterów czy też nieziemskich objawień. Zamiast tego obejrzymy pozornie normalną rodzinę wplecioną w trudne życie współczesnego wielkiego miasta, która musi się zmagać z tradycyjną strukturą metropolii, rolami społecznymi, które - czy chcemy czy nie - są na nas dziś narzucane. Film podejmuje także problematykę tzw. sumienia zbiorowego.
Zamiarem reżysera było przede wszystkim ukazanie życia zwyczajnej japońskiej rodziny, mieszkającej we współczesnej Japonii.
Mimo iż każdy z bohaterów przeżywa swój indywidualny dramat i stawia czoła kolejnym, własnym przeciwnością losu, to jednak głównym zamierzeniem jest pokazanie bezcelowego życia japońskiego społeczeństwa, a co za tym idzie, rodzin i osób, które go zawierają.
Podobnie jak w wielu filmach Kurosawy, pozorne osiągnięcia zbawienia jest tak naprawdę niemożliwe. Trzeba zmierzyć się ze swoimi demonami i przejść przez ognie piekielne, aby to zbawienie osiągnąć.
Takim piekłem w Tokyo Sonata jest bardzo realne zagrożenie i doświadczenie ''wypadnięcia'' ze społeczeństwa, zagubienie własnej tożsamości, a przede wszystkim utracenie sensu życia.
To, co zachwyca w tym filmie najbardziej, to fakt, że podczas seansu zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z historią, która tak naprawdę może dotyczyć także nas samych, naszych sąsiadów czy bliskich. Wprawdzie wszystko rozgrywa się w Japonii, w realiach japońskiej rodziny, ale czy dzisiejsze problemy społeczeństwa nie są uniwersalne?
Dodatkowym plusem jest samo przedstawienie problematyki filmu: zdjęcia i niuanse są tu niemal namacalne. Także obsada jest bardzo przekonująca. Nieco mniej przekonujące są niektóre elementy fabuły, które wprowadzają niepotrzebnie odczucie przesady. Nie jest tego jednak aż tak wiele, dlatego też daruję sobie szczegóły.
Uważam, że warto chwycić za ten film, bo jest to znakomita odskocznia od nieco pokręconych dzieł Kurosawy, którymi reżyser karmił nas do tej pory.
Podziękowania dla Yumi za udostępnienie recenzji!
18.09.2009 o godz. 19:55
Nie od dziś wiadomo, że muzyka koi zszargane nerwy i przynosi ukojenie (oczywiście odpowiednia muzyka). Moim faworytem ''w tej dziedzinie'' jest Amethystium.
Jest to projekt dość trudno osiągalny w Europie, gdyż artysta, który ukrywa się pod nazwą projektu - Norweg Oystein Ramfjord, wydaje większość swoich albumów w Ameryce i bardzo nieliczne tylko trafiają na nasz kontynent.

Amethystium to już specyfika, jeden z nielicznych projektów strefy electronica, który wypracował sobie brzmienie nie do pomylenia z innym. Tutaj cała aparatura generuje dźwięki kojarzące się z głębokim lasem, i jego odgłosami o zmierzchu, które okraszają lekkie i urokliwe kompozycje. Ramfjord czerpie też z wytyczonej niegdyś przez Enigmę mody na sample tradycyjnych wokali.
Naprawdę uwierzcie, że ta muzyka potrafi mnie uspokoić, jak żadna inna po całym dniu - obfitującym niekiedy w najróżniejsze ( i nie zawsze pozytywne) emocje. Potrafię jej słuchać wszędzie: w aucie, w domu, gdzieś w plenerze podczas spacerów z aparatem w dłoni. Coś niesamowitego...ma w sobie jakąś siłę, która przyciąga. Zresztą...posłuchajcie sami.
Mimo, że albumy są trudno dostępne, to jak ktoś dobrze poszuka, to znajdzie :) A warto!
Jest to projekt dość trudno osiągalny w Europie, gdyż artysta, który ukrywa się pod nazwą projektu - Norweg Oystein Ramfjord, wydaje większość swoich albumów w Ameryce i bardzo nieliczne tylko trafiają na nasz kontynent.

Amethystium to już specyfika, jeden z nielicznych projektów strefy electronica, który wypracował sobie brzmienie nie do pomylenia z innym. Tutaj cała aparatura generuje dźwięki kojarzące się z głębokim lasem, i jego odgłosami o zmierzchu, które okraszają lekkie i urokliwe kompozycje. Ramfjord czerpie też z wytyczonej niegdyś przez Enigmę mody na sample tradycyjnych wokali.
Naprawdę uwierzcie, że ta muzyka potrafi mnie uspokoić, jak żadna inna po całym dniu - obfitującym niekiedy w najróżniejsze ( i nie zawsze pozytywne) emocje. Potrafię jej słuchać wszędzie: w aucie, w domu, gdzieś w plenerze podczas spacerów z aparatem w dłoni. Coś niesamowitego...ma w sobie jakąś siłę, która przyciąga. Zresztą...posłuchajcie sami.
Mimo, że albumy są trudno dostępne, to jak ktoś dobrze poszuka, to znajdzie :) A warto!
16.09.2009 o godz. 15:01
Są takie horrory, po których obejrzeniu jeszcze długo tli nam się gdzieś w umyśle światełko ostrzegawcze. I tak jak po Martwej ciszy bacznie przyjrzelibyśmy się zabranemu na pokład rozbitkowi, a po Wolf Creek nie skorzystalibyśmy pochopnie z gościny nieznajomego, tak po Drodze donikąd uważniej wybralibyśmy towarzysza podróży.

Podróżująca po Australii para Brytyjczyków, Alex i Sophie, poznaje Amerykanina Taylora, który namawia ich na wycieczkę do terytoriów nie odwiedzanych przez turystów.
W miarę oddalania się od cywilizacji obecność nieco dziwnie zachowującego się Taylora zaczyna wnosić niepokój, podsycony równocześnie niepewnością co do tego, czy podróżowanie po dzikich bezdrożach jest całkiem bezpieczne.
Okazuje się, że ich uczucia nie są bezpodstawne: Taylor nie jest tym, kim wydawał się być na początku.
Horror Ledwidge'a bazuje na banalnej sytuacji, jaka zdarza się na szlaku, kiedy człowiek brata się z zupełnie nieznajomymi osobami, ale tutaj taka sytuacja przekształca się w pełną niebezpieczeństw podróż w nieznane.
Zagęszczające się poczucie zagrożenia, mroczny suspensowy klimat opowieści z pełnymi zagadek, intrygującymi dialogami, świetne zdjęcia australijskiego pustkowia, a przede wszystkim powolne odkrywanie ciemnej strony osobowości sympatycznego, acz coraz bardziej dziwnego współtowarzysza to elementy tej psychologicznej układanki.
Socjopaci, tacy jak Taylor czy Hannibal Lecter, to z pewnością najbardziej malowniczy bohaterowie thrillerów psychologicznych, ze względu na ich totalną nieprzewidywalność oraz brak hamulca etycznego w tym, co robią innym ludziom i jak sobie z nimi pogrywają, nie licząc się zupełnie z ich strachem i przerażeniem. Dodajmy do tego znakomite aktorstwo, to wypada thriller, że naprawdę palce lizać! ;)

Podróżująca po Australii para Brytyjczyków, Alex i Sophie, poznaje Amerykanina Taylora, który namawia ich na wycieczkę do terytoriów nie odwiedzanych przez turystów.
W miarę oddalania się od cywilizacji obecność nieco dziwnie zachowującego się Taylora zaczyna wnosić niepokój, podsycony równocześnie niepewnością co do tego, czy podróżowanie po dzikich bezdrożach jest całkiem bezpieczne.
Okazuje się, że ich uczucia nie są bezpodstawne: Taylor nie jest tym, kim wydawał się być na początku.
Horror Ledwidge'a bazuje na banalnej sytuacji, jaka zdarza się na szlaku, kiedy człowiek brata się z zupełnie nieznajomymi osobami, ale tutaj taka sytuacja przekształca się w pełną niebezpieczeństw podróż w nieznane.
Zagęszczające się poczucie zagrożenia, mroczny suspensowy klimat opowieści z pełnymi zagadek, intrygującymi dialogami, świetne zdjęcia australijskiego pustkowia, a przede wszystkim powolne odkrywanie ciemnej strony osobowości sympatycznego, acz coraz bardziej dziwnego współtowarzysza to elementy tej psychologicznej układanki.
Socjopaci, tacy jak Taylor czy Hannibal Lecter, to z pewnością najbardziej malowniczy bohaterowie thrillerów psychologicznych, ze względu na ich totalną nieprzewidywalność oraz brak hamulca etycznego w tym, co robią innym ludziom i jak sobie z nimi pogrywają, nie licząc się zupełnie z ich strachem i przerażeniem. Dodajmy do tego znakomite aktorstwo, to wypada thriller, że naprawdę palce lizać! ;)
14.09.2009 o godz. 17:58
Demoniczna Sachiko powraca! Tym razem jednak jest na tyle silna, aby otworzyć schowek # 0009 znajdujący się w dzielnicy Shibuya.
W bezpośredniej kontynuacji The Locker z 2003 roku mamy okazję poznać więcej informacji na temat przyczyny owej klątwy schowka. Sequel, podobnie jak poprzednik nawiązuje do lokalnych podań i wierzeń. Także tradycyjna legenda o tytułowym schowku i tu nie uległa zmianie, dlatego też nie będę po raz kolejny jej tu przytaczać, a zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z recenzją części pierwszej.

Film jest kontynuacją historii, w której poznaliśmy pewien schowek, którego otwarcie przynosi przekleństwo. Fabuła The Locker 2, którego reżyserem (podobnie jak w części pierwszej) jest Horie Kei opiera się w dużej mierze na fabule z części pierwszej. Mamy także nawiązanie do bohaterów, których mieliśmy okazję poznać w filmie z 2003 roku oraz przypomnimy sobie kluczowe wydarzenia.
Druga część rozpoczyna się w tym momencie, w którym kończy pierwsza - gdy umierająca Rieka przekazuje Ayano klucze do schowka. W tym samym czasie schowek ten robi się w okolicy bardzo popularny...
Podobnie, jak i poprzednik, tak i ta część trzyma klimat i jest to godny następca The Locker.
Mimo, iż ta część jest bez wątpienia ''uzależniona'' od filmu pierwszego, to jednak nie trudno zauważyć, że w tym wypadku reżyser bardziej skupił swoją uwagę na wszechogarniającej grozie. Kiedy skupiamy swoją uwagę na jednej akcji, dokładnie w tym samym momencie następuje jej nagły zwrot, który kieruje nas do zupełnie innego rozwiązania. Jest to bardzo dobre posunięcie, gdyż nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co za chwilę się wydarzy. Gdy jednak spróbujemy odgadnąć choć szczątkowo dane wydarzenia, które początkowo będą się wydawały takie, jak myśleliśmy, to za chwilę rozwiązanie okaże się zupełnie inne. Naprawdę fajna sprawa.
Niektóre sceny są naprawdę straszne i oglądając film późną porą i z odpowiednimi efektami dźwiękowymi, naprawdę można ''ze skóry wyskoczyć'', zwłaszcza w scenach, gdzie niespodziewanie pojawia się nasza mała bohaterka.
Dodatkowym atutem ''dwójki'' jest fakt, że poznajemy tożsamość ducha. Tu dziewczynka nie jest już anonimowym widmem, a mamy okazję poznać jej imię oraz smutną historię. Wiemy, że duchem jest Sachiko lub Sa-chun.
Shibuya Kaidan i Shibuya Kaidan 2 to typowe japońskie horrory, które fanom tego gatunku kina do gustu z pewnością przypadną. Obie części z uwagi na tematykę przypominają takie znakomitości jak Ju-On i Ringu, które obecnie są kultowymi produkcjami w świecie japońskiej grozy (a nawet azjatyckiej ogólnie).
Podobnie, jak w części pierwszej, tak i tu ujrzymy na ekranie kilka znajomych twarzy (Asami Mizukawa czy Ken'ichi Matsuyama).
Może te filmy nie są tak przełomowe, to jednak Horie umie skutecznie zbudować napięcie i grozę na miarę godnego j-horroru.
W bezpośredniej kontynuacji The Locker z 2003 roku mamy okazję poznać więcej informacji na temat przyczyny owej klątwy schowka. Sequel, podobnie jak poprzednik nawiązuje do lokalnych podań i wierzeń. Także tradycyjna legenda o tytułowym schowku i tu nie uległa zmianie, dlatego też nie będę po raz kolejny jej tu przytaczać, a zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z recenzją części pierwszej.

Film jest kontynuacją historii, w której poznaliśmy pewien schowek, którego otwarcie przynosi przekleństwo. Fabuła The Locker 2, którego reżyserem (podobnie jak w części pierwszej) jest Horie Kei opiera się w dużej mierze na fabule z części pierwszej. Mamy także nawiązanie do bohaterów, których mieliśmy okazję poznać w filmie z 2003 roku oraz przypomnimy sobie kluczowe wydarzenia.
Druga część rozpoczyna się w tym momencie, w którym kończy pierwsza - gdy umierająca Rieka przekazuje Ayano klucze do schowka. W tym samym czasie schowek ten robi się w okolicy bardzo popularny...
Podobnie, jak i poprzednik, tak i ta część trzyma klimat i jest to godny następca The Locker.
Mimo, iż ta część jest bez wątpienia ''uzależniona'' od filmu pierwszego, to jednak nie trudno zauważyć, że w tym wypadku reżyser bardziej skupił swoją uwagę na wszechogarniającej grozie. Kiedy skupiamy swoją uwagę na jednej akcji, dokładnie w tym samym momencie następuje jej nagły zwrot, który kieruje nas do zupełnie innego rozwiązania. Jest to bardzo dobre posunięcie, gdyż nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co za chwilę się wydarzy. Gdy jednak spróbujemy odgadnąć choć szczątkowo dane wydarzenia, które początkowo będą się wydawały takie, jak myśleliśmy, to za chwilę rozwiązanie okaże się zupełnie inne. Naprawdę fajna sprawa.
Niektóre sceny są naprawdę straszne i oglądając film późną porą i z odpowiednimi efektami dźwiękowymi, naprawdę można ''ze skóry wyskoczyć'', zwłaszcza w scenach, gdzie niespodziewanie pojawia się nasza mała bohaterka.
Dodatkowym atutem ''dwójki'' jest fakt, że poznajemy tożsamość ducha. Tu dziewczynka nie jest już anonimowym widmem, a mamy okazję poznać jej imię oraz smutną historię. Wiemy, że duchem jest Sachiko lub Sa-chun.
Shibuya Kaidan i Shibuya Kaidan 2 to typowe japońskie horrory, które fanom tego gatunku kina do gustu z pewnością przypadną. Obie części z uwagi na tematykę przypominają takie znakomitości jak Ju-On i Ringu, które obecnie są kultowymi produkcjami w świecie japońskiej grozy (a nawet azjatyckiej ogólnie).
Podobnie, jak w części pierwszej, tak i tu ujrzymy na ekranie kilka znajomych twarzy (Asami Mizukawa czy Ken'ichi Matsuyama).
Może te filmy nie są tak przełomowe, to jednak Horie umie skutecznie zbudować napięcie i grozę na miarę godnego j-horroru.
10.09.2009 o godz. 07:42
Wielkie, zmutowane potwory, siejące postrach wśród ludności to już chyba specjalność Japończyków.
Na początku tego ''trendu'' monster movies z powodzeniem straszyła nas Godzilla w reżyserii Ishirô Hondy (rok 1954). Potem, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać coraz to nowe produkcje z dziwnymi potworami, które opanowywały naszą planetę (były dziwaczne latające stworzenia - ćma Mothra, potwory morsko-lądowe - żółw Gamera, etc...).
W roku 1970 po raz kolejny Honda uraczył nas kolejnym monstro-straszydłem. Tym razem padło na olbrzymią amebę. Całość okraszona elementami science-fiction robi nawet interesujące wrażenie.

Trwają bezzałogowe wyprawy na Jowisza. Któregoś dnia jeden z takich pojazdów spada do Pacyfiku z dziwnym pasożytem na pokładzie.
Monstrum jednak, zanim opanuje Ziemię, będzie musiało przejść przez różne stadia łańcucha pokarmowego.
Rok 1970 był rokiem, gdzie swoje apogeum osiągnęły filmy o podobnej tematyce. Cieszyły się one wówczas olbrzymią popularnością nie tylko w rodzimej Japonii, gdzie powstawała większość z nich. Co niektórzy miłośnicy monster movies nawet po kilka razy chodzili do kina na ten sam seans i za każdym razem bawili się znakomicie (sama znam jednego z takich zapalonych fanów Godzilli).
Jednak z drugiej strony nie da się ukryć, że rok 1970 jest też początkiem końca japońskich Kaiju (potwór - sic!). Większość produkcji ukazała się w latach 50-tych i 60-tych, przez co w kolejnych latach zainteresowanie tego typu kinem nieco zelżało. IMDb wymienia dziś około 51 filmów, gdzie olbrzymie potwory dokonywały spustoszeń na terenach wielkich miast i siały postrach wśród zwykłych obywateli, a służby wojskowe wprawiały w niemałe zakłopotanie.
Nie jest wykluczone, że reżyser - widząc upadający gatunek jakim był monster movies, postanowił tchnąć nieco świeżości i tak powstała kolejna historia o wielkiej amebie rodem z kosmosu. Jednak widać tu fascynację początkami tego gatunku, jednak mimo tego wprowadza także trzy nowe potwory: amebę, kraba i żółwia (choć ten ostatni już się w kinie pojawił).
Angielski tytuł filmu (Space Amoeba) podkreśla aspekt science-fiction całej historii, co nie jest np. uwzględnione w tytule japońskim, który skupia się na pewnej śmierci na Pacyfiku (tak to opcjonalnie wygląda). Istnieje także alternatywny tytuł filmu (w wersji angielskiej - Yog: The Space Amoeba), w którym co niektórzy dopatrują się nawiązań do Lovercrafta i jego The Call of Cthulhu.
Całość, jak na lata 70-te wypada nadzwyczaj zaskakująco dobrze i fanom Kaiju film Hondy spodoba się z całą pewnością. Produkcję tą polecam także tym, którzy są zainteresowani historią całego gatunku.
Potwory są imponujące i faktycznie niekiedy mogą wywołać gęsią skórkę, choć wiadomo...to już nie te lata, ale jestem pewna, że gdybym oglądała Space Amoeba w latach 70-tych, to nieźle bym się przeraziła.
Podziwiać będzie co, bo oprócz ciekawych i efektownych potworów, będziemy mieli okazję oglądać także znakomitą grę aktorów, którym naprawdę udało się stworzyć ciekawe postacie.
Film oczywiście polecam i to nie tylko zagorzałym fanom japońskich monster movies.
Na początku tego ''trendu'' monster movies z powodzeniem straszyła nas Godzilla w reżyserii Ishirô Hondy (rok 1954). Potem, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać coraz to nowe produkcje z dziwnymi potworami, które opanowywały naszą planetę (były dziwaczne latające stworzenia - ćma Mothra, potwory morsko-lądowe - żółw Gamera, etc...).
W roku 1970 po raz kolejny Honda uraczył nas kolejnym monstro-straszydłem. Tym razem padło na olbrzymią amebę. Całość okraszona elementami science-fiction robi nawet interesujące wrażenie.

Trwają bezzałogowe wyprawy na Jowisza. Któregoś dnia jeden z takich pojazdów spada do Pacyfiku z dziwnym pasożytem na pokładzie.
Monstrum jednak, zanim opanuje Ziemię, będzie musiało przejść przez różne stadia łańcucha pokarmowego.
Rok 1970 był rokiem, gdzie swoje apogeum osiągnęły filmy o podobnej tematyce. Cieszyły się one wówczas olbrzymią popularnością nie tylko w rodzimej Japonii, gdzie powstawała większość z nich. Co niektórzy miłośnicy monster movies nawet po kilka razy chodzili do kina na ten sam seans i za każdym razem bawili się znakomicie (sama znam jednego z takich zapalonych fanów Godzilli).
Jednak z drugiej strony nie da się ukryć, że rok 1970 jest też początkiem końca japońskich Kaiju (potwór - sic!). Większość produkcji ukazała się w latach 50-tych i 60-tych, przez co w kolejnych latach zainteresowanie tego typu kinem nieco zelżało. IMDb wymienia dziś około 51 filmów, gdzie olbrzymie potwory dokonywały spustoszeń na terenach wielkich miast i siały postrach wśród zwykłych obywateli, a służby wojskowe wprawiały w niemałe zakłopotanie.
Nie jest wykluczone, że reżyser - widząc upadający gatunek jakim był monster movies, postanowił tchnąć nieco świeżości i tak powstała kolejna historia o wielkiej amebie rodem z kosmosu. Jednak widać tu fascynację początkami tego gatunku, jednak mimo tego wprowadza także trzy nowe potwory: amebę, kraba i żółwia (choć ten ostatni już się w kinie pojawił).
Angielski tytuł filmu (Space Amoeba) podkreśla aspekt science-fiction całej historii, co nie jest np. uwzględnione w tytule japońskim, który skupia się na pewnej śmierci na Pacyfiku (tak to opcjonalnie wygląda). Istnieje także alternatywny tytuł filmu (w wersji angielskiej - Yog: The Space Amoeba), w którym co niektórzy dopatrują się nawiązań do Lovercrafta i jego The Call of Cthulhu.
Całość, jak na lata 70-te wypada nadzwyczaj zaskakująco dobrze i fanom Kaiju film Hondy spodoba się z całą pewnością. Produkcję tą polecam także tym, którzy są zainteresowani historią całego gatunku.
Potwory są imponujące i faktycznie niekiedy mogą wywołać gęsią skórkę, choć wiadomo...to już nie te lata, ale jestem pewna, że gdybym oglądała Space Amoeba w latach 70-tych, to nieźle bym się przeraziła.
Podziwiać będzie co, bo oprócz ciekawych i efektownych potworów, będziemy mieli okazję oglądać także znakomitą grę aktorów, którym naprawdę udało się stworzyć ciekawe postacie.
Film oczywiście polecam i to nie tylko zagorzałym fanom japońskich monster movies.
Tagi:
film
horror
j-horror
japonia
kessen! nankai no daikaijû
monster movies
sakebi
space amoeba
yog: monster from space
05.09.2009 o godz. 11:04
''Tokyo Urban Legend'' powraca do życia w sposób zaskakujący i zupełnie nieoczekiwany. The Locker, to kolejne dzieło, które - jak wiele innych j-horrorów - czerpie z lokalnych podań oraz tradycji. Dużą rolę odgrywają pradawne wierzenia oraz współczesne klątwy związane z miejscami kultu. Film Horie Kei jest kolejnym przykładem na to, że tematyka mściwych zjaw nigdy nie traci na ważności w japońskiej kinematografii grozy.

Grupa młodych ludzi podczas imprezy niszczy posążek poświęcony opuszczonym dzieciom. Jeszcze w trakcie imprezy, jedna z uczestniczek słyszy płacz małego dziecka. Jednak wszyscy powracają do zabawy. Po powrocie do domów, zaczyna się dziać coś niedobrego, gdyż wkrótce każdy z uczestników imprezy zaczyna ponosić śmierć w tajemniczych okolicznościach. Jakby tego było mało, wszystko zdaje się mieć związek z pewnym schowkiem w centrum dzielnicy Shibuya, z którym wiąże się złowroga legenda.
The Locker dość imponująco ukazuje lokalne legendy. Widać, że reżyser czerpał m.in. z dzieł Takashi Shimizu (zresztą sam wystąpił w drugiej części tego znakomitego horroru). Jednak w odróżnieniu od Ju-On, gdzie straszy nas typowy duch onryō, w filmie Horie mamy do czynienia z tzw. zashiki-warashi, czyli duchem dziecka. Mimo tego nawiązań jest naprawdę dużo.
Główną problematyką i tematyką filmu jest bycie kochanym. Początkowo objawia się to przez pragnienie dziewczyny bądź chłopaka (w zależności od płci właściciela tytułowego schowka), ale szybko zmienia się znacznie głębszych niuansów poprzez dyskusje Reika i Ayano dotyczące egzystencjalnego znaczenia bycia kochanym przez kogoś na świecie. Młodzi ludzie właśnie wtedy dochodzą do prawdy na temat tajemniczego schowka, który okazuje się przeklętym.
Jak to przystało na japoński horror, klimat produkcji trzyma poziom. Wprawdzie dużo mu brakuje do tak mistrzowskich dzieł, jak Ringu czy wspomnianego Ju-On, to jednak znajdziemy tu sceny niekiedy przerażające, które zwrócą naszą uwagę. Każda kolejna śmierć bohatera sprawia, że mamy ochotę jak najszybciej poznać tajemnicę przeklętego schowka, aczkolwiek po części możemy się nieco domyślać, co stoi tak naprawdę za tymi wszystkimi wydarzeniami.
Choć ''złą bohaterką'' nie jest tu dorosła kobieta, a małe dziecko, to jednak jego wygląd jest niemniej przerażający i w sumie pewnie z racji tego, że duch jest płci żeńskiej - wygląda on jak miniaturowy odpowiednik swoich dorosłych koleżanek po fachu, czyli nie zabraknie długich czarnych włosów, złowrogich spojrzeń i nagłych ataków.
Dodatkowym plusem jest ciekawa obsada: Asami Mizukawa i Fumina Hara.
Nie jest to może dzieło przełomowe, jednak reżyser tworzy tu skutecznie atmosferę grozy i fabuła z pewnością przypadnie go gustu miłośnikom skośnookich horrorów.

Grupa młodych ludzi podczas imprezy niszczy posążek poświęcony opuszczonym dzieciom. Jeszcze w trakcie imprezy, jedna z uczestniczek słyszy płacz małego dziecka. Jednak wszyscy powracają do zabawy. Po powrocie do domów, zaczyna się dziać coś niedobrego, gdyż wkrótce każdy z uczestników imprezy zaczyna ponosić śmierć w tajemniczych okolicznościach. Jakby tego było mało, wszystko zdaje się mieć związek z pewnym schowkiem w centrum dzielnicy Shibuya, z którym wiąże się złowroga legenda.
The Locker dość imponująco ukazuje lokalne legendy. Widać, że reżyser czerpał m.in. z dzieł Takashi Shimizu (zresztą sam wystąpił w drugiej części tego znakomitego horroru). Jednak w odróżnieniu od Ju-On, gdzie straszy nas typowy duch onryō, w filmie Horie mamy do czynienia z tzw. zashiki-warashi, czyli duchem dziecka. Mimo tego nawiązań jest naprawdę dużo.
Główną problematyką i tematyką filmu jest bycie kochanym. Początkowo objawia się to przez pragnienie dziewczyny bądź chłopaka (w zależności od płci właściciela tytułowego schowka), ale szybko zmienia się znacznie głębszych niuansów poprzez dyskusje Reika i Ayano dotyczące egzystencjalnego znaczenia bycia kochanym przez kogoś na świecie. Młodzi ludzie właśnie wtedy dochodzą do prawdy na temat tajemniczego schowka, który okazuje się przeklętym.
Jak to przystało na japoński horror, klimat produkcji trzyma poziom. Wprawdzie dużo mu brakuje do tak mistrzowskich dzieł, jak Ringu czy wspomnianego Ju-On, to jednak znajdziemy tu sceny niekiedy przerażające, które zwrócą naszą uwagę. Każda kolejna śmierć bohatera sprawia, że mamy ochotę jak najszybciej poznać tajemnicę przeklętego schowka, aczkolwiek po części możemy się nieco domyślać, co stoi tak naprawdę za tymi wszystkimi wydarzeniami.
Choć ''złą bohaterką'' nie jest tu dorosła kobieta, a małe dziecko, to jednak jego wygląd jest niemniej przerażający i w sumie pewnie z racji tego, że duch jest płci żeńskiej - wygląda on jak miniaturowy odpowiednik swoich dorosłych koleżanek po fachu, czyli nie zabraknie długich czarnych włosów, złowrogich spojrzeń i nagłych ataków.
Dodatkowym plusem jest ciekawa obsada: Asami Mizukawa i Fumina Hara.
Nie jest to może dzieło przełomowe, jednak reżyser tworzy tu skutecznie atmosferę grozy i fabuła z pewnością przypadnie go gustu miłośnikom skośnookich horrorów.
01.09.2009 o godz. 07:31
Tym razem Koreańczycy pokusili się o adaptację słynnej baśni braci Grimm. Wyszło wspaniałe dzieło: przepiękna baśń ubrana w zaskakująco doskonałą oprawę filmową. Duża w tym zasługa utalentowanych dzieci - aktorów oraz znakomitej scenografii, która zadowoli najbardziej wybrednego kinomaniaka.
Nie zawaham się stwierdzić, że oglądając ten film, odnosimy wrażenie, że ów baśń staje się rzeczywistością, a cienka granica, jaka łączy mit i świat realny ulega tu bezpowrotnemu zatraceniu.

Historia banalna, gdyż oto poznajemy młodzieńca - Eun-Soo, który podczas podróży do swojej ciężko chorej matki ulega wypadkowi.
Kiedy odzyskuje przytomność dostrzega 12-letnią Young-hee, która prowadzi młodzieńca do swojego domku. Tam chłopak zostaje uwięziony zarówno przez nią, jak i jej rodzeństwo: 7-letnią siostrę Jung-soon i 13-letniego brata - Man-boka.
Sytuację pogarsza informacja, że wszyscy dotychczasowi dorośli, którzy odwiedzili dom dzieci zginęli w tajemniczych okolicznościach. Przerażony Eun-Soo próbuje się wydostać, ale dom zdaje się nie mieć wyjścia, a do tego położony jest na zupełnym odludziu.
Dzieło Pil-Sung Yima od razu nasunęło mi skojarzenie z inną piękną koreańską produkcją - Janghwa, Hongryeon (A Tale of Two Sisters) Ji-woon Kima z roku 2003. Jednak reżyser Hansel & Gretel uczynił swoją historię jakby bardziej spójną. Baśń, jak to baśń - jest utworem, gdzie odrobina tajemniczości musi być, ale w tym wypadku tajemniczość przepełnia praktycznie całą produkcję. Dzieci - żyją w swoim własnym świecie, w którym nigdy nie są w stanie dorosnąć. Nie rozwijają się ani nie dojrzewają, a ich codzienne kaprysy zawsze zostają spełnione.
W porównaniu z ich ubogimi rodzicami, którzy nieśmiało pozostawiają swoje dzieci na pastwę losu, te okazują się nad wyraz sprytne i wyrafinowane. Ich niedojrzałe umysły kryją w sobie coś ciemnego, coś czego normalny człowiek nie jest w stanie pojąć. Jak to bywa w klasycznej bajce dla dorosłych, dzieci są problemem, dlatego należy się ich pozbyć.
Główną problematykę filmu stanowi zaufanie. Pozbawione opieki dorosłych, muszą polegać tylko na sobie, choć widać iż każde z nich bardzo tęskni za normalnym, rodzinnym domem. Dlatego też każde z dzieci przyjmuje inną postawę, którą z reguły jest buntowniczość.
Nie chcąc się upodobnić do dorosłych, eliminują ich, choć tak naprawdę prawdziwa wina nie leży po ich stronie, lecz po stronie dorosłych, którzy nawet nie dają dzieciakom nadziei na lepsze życie.
Należy także podkreślić, iż dzieło Pil-Sung Yim posiada silne akcenty oniryczne. Także budowanie grozy odbywa się głównie za pomocą klimatycznych pomieszczeń oraz przepięknych i tajemniczych plenerów. Oczywiście całość dopełnia wspaniała muzyka oraz wspomnieni na początku znakomici aktorzy.
Film bez wątpienia godny uwagi już choćby z tego względu, że brak w nim - typowej w azjatyckim kinie grozy - długowłosej kobiecej postaci, która sieje grozę. Tu, pomimo braku tej bohaterki, reżyserowi udało się w pełni uzyskać nie gorszy efekt rodem z horroru.
Polecam.
Nie zawaham się stwierdzić, że oglądając ten film, odnosimy wrażenie, że ów baśń staje się rzeczywistością, a cienka granica, jaka łączy mit i świat realny ulega tu bezpowrotnemu zatraceniu.

Historia banalna, gdyż oto poznajemy młodzieńca - Eun-Soo, który podczas podróży do swojej ciężko chorej matki ulega wypadkowi.
Kiedy odzyskuje przytomność dostrzega 12-letnią Young-hee, która prowadzi młodzieńca do swojego domku. Tam chłopak zostaje uwięziony zarówno przez nią, jak i jej rodzeństwo: 7-letnią siostrę Jung-soon i 13-letniego brata - Man-boka.
Sytuację pogarsza informacja, że wszyscy dotychczasowi dorośli, którzy odwiedzili dom dzieci zginęli w tajemniczych okolicznościach. Przerażony Eun-Soo próbuje się wydostać, ale dom zdaje się nie mieć wyjścia, a do tego położony jest na zupełnym odludziu.
Dzieło Pil-Sung Yima od razu nasunęło mi skojarzenie z inną piękną koreańską produkcją - Janghwa, Hongryeon (A Tale of Two Sisters) Ji-woon Kima z roku 2003. Jednak reżyser Hansel & Gretel uczynił swoją historię jakby bardziej spójną. Baśń, jak to baśń - jest utworem, gdzie odrobina tajemniczości musi być, ale w tym wypadku tajemniczość przepełnia praktycznie całą produkcję. Dzieci - żyją w swoim własnym świecie, w którym nigdy nie są w stanie dorosnąć. Nie rozwijają się ani nie dojrzewają, a ich codzienne kaprysy zawsze zostają spełnione.
W porównaniu z ich ubogimi rodzicami, którzy nieśmiało pozostawiają swoje dzieci na pastwę losu, te okazują się nad wyraz sprytne i wyrafinowane. Ich niedojrzałe umysły kryją w sobie coś ciemnego, coś czego normalny człowiek nie jest w stanie pojąć. Jak to bywa w klasycznej bajce dla dorosłych, dzieci są problemem, dlatego należy się ich pozbyć.
Główną problematykę filmu stanowi zaufanie. Pozbawione opieki dorosłych, muszą polegać tylko na sobie, choć widać iż każde z nich bardzo tęskni za normalnym, rodzinnym domem. Dlatego też każde z dzieci przyjmuje inną postawę, którą z reguły jest buntowniczość.
Nie chcąc się upodobnić do dorosłych, eliminują ich, choć tak naprawdę prawdziwa wina nie leży po ich stronie, lecz po stronie dorosłych, którzy nawet nie dają dzieciakom nadziei na lepsze życie.
Należy także podkreślić, iż dzieło Pil-Sung Yim posiada silne akcenty oniryczne. Także budowanie grozy odbywa się głównie za pomocą klimatycznych pomieszczeń oraz przepięknych i tajemniczych plenerów. Oczywiście całość dopełnia wspaniała muzyka oraz wspomnieni na początku znakomici aktorzy.
Film bez wątpienia godny uwagi już choćby z tego względu, że brak w nim - typowej w azjatyckim kinie grozy - długowłosej kobiecej postaci, która sieje grozę. Tu, pomimo braku tej bohaterki, reżyserowi udało się w pełni uzyskać nie gorszy efekt rodem z horroru.
Polecam.
21.08.2009 o godz. 08:26
Po raz kolejny szanowny pan Shimizu postanowił przerazić zgłodniałych i zapalonych fanów swoich obrazów.
W pierwszej części Ju-On The Curse udało mu się to znakomicie. Na szczęście także i druga odsłona morderczej klątwy Kayako Saeki kontynuuje mroczny i przygnębiający klimat ''jedynki''.

Podobnie, jak część pierwsza, tak i ta zaczyna się podobnie od wyjaśnienia czym jest ów klątwa, która niczym wirus pochłania każdą ofiarę, która stanęła na drodze Kayako oraz Toshio.
Nie chcąc zbyt dużo spoilerować, żeby nie zepsuć zabawy z późniejszego seansu, skupię się jedynie na walorach (tudzież na wadach) tego dzieła grozy, aczkolwiek tych drugich będzie bardzo mało.
W filmie mamy okazję prześledzić historię sześciu osób, których mordercza klątwa dotknęła. Poznamy między innymi historię samej Kayako, czyli dowiemy się, jak narodziła się złowieszcza klątwa, dalej obejrzymy zetknięcie z klątwą niejakiej Kyoko, która do razu wyczuje, że z domem, który zamieszkiwali państwo Saeki jest coś nie tak.
Kolejnym bohaterem filmu będzie Tatsuya, który pracując w biurze nieruchomości sprzeda nawiedzony dom młodemu małżeństwu. Dalej zobaczymy, jak klątwa dopadnie policjanta imieniem Kanao, młodego nastolatka - Nobuya oraz Saori.
W szczegóły zdarzeń z udziałem każdego z bohaterów nie będę się zagłębiała, gdyż tu zdecydowanie odsyłam do samego filmu, a obejrzeć naprawdę warto. Skupię się bardziej na emocjach, jakie dzieło Shimizu wywołuje na odbiorcach, a wywołuje popłoch niemały. Nie raz dane nam będzie podziwiać przerażające obrazy z upiorem Kayako i Toshio, którzy powoli acz systematycznie ''wykańczać'' będą swoje ofiary. Oboje nie odpuszczą nikomu. Dodatkowym atutem jest muzyka, która w poszczególnych momentach będzie wzmagała w nas uczucie strachu i przerażenia.
Podobnie, jak wszystkie kolejne części Klątwy, budowa filmu jest dość niechronologiczna, co sprawi, że niektórzy będą się gubili w zrozumieniu całości, jednak zdecydowanie zalecam drugą część obejrzeć zaraz po pierwszej, wówczas to nie zgubimy wątku i będziemy historię ''ciągnęli'' w dalszym ciągu.
Pierwsze pół godziny filmu jest wiernym powtórzeniem wydarzeń, jakie mamy okazję oglądać w części pierwszej: epizod z nauczycielem Kobayashii, który odwiedza dom rodziny Saeki oraz wątek z Kyoko i Tatsuya. Tak więc w początkowych minutach filmu możemy spokojnie iść zaparzyć sobie herbatę lub wyskoczyć na moment po inny trunek. :) Właśnie ten początek nieco uważam za wadę filmu, ale zdaję sobie sprawę, że zabieg taki jest raczej niezbędny, aby w dalszej części ukazywać kolejne wydarzenia, które przecież - jakby nie patrzeć - wiążą się ze sobą w jedną całość.
Niektóre sceny nie dadzą o sobie zapomnieć i tak np jedną z najbardziej niesamowitych (jak dla mnie), która dosłownie mnie powaliła jest ta z historią chłopca Nobuya. Chodzi mi mianowicie o wątek w szkole, kiedy chłopiec wygląda przez okno, a na boisku szkolnym widzi całe hordy sunących w jego stronę Kayako. Niesamowite...
W pierwszej części Ju-On The Curse udało mu się to znakomicie. Na szczęście także i druga odsłona morderczej klątwy Kayako Saeki kontynuuje mroczny i przygnębiający klimat ''jedynki''.

"Klątwa rzucona przez tego, kto ginie w gniewie, działa w miejscu, w którym człowiek ten żył. Ci, których dosięgnie - umierają, a wtedy klątwa rodzi się na nowo..."
Podobnie, jak część pierwsza, tak i ta zaczyna się podobnie od wyjaśnienia czym jest ów klątwa, która niczym wirus pochłania każdą ofiarę, która stanęła na drodze Kayako oraz Toshio.
Nie chcąc zbyt dużo spoilerować, żeby nie zepsuć zabawy z późniejszego seansu, skupię się jedynie na walorach (tudzież na wadach) tego dzieła grozy, aczkolwiek tych drugich będzie bardzo mało.
W filmie mamy okazję prześledzić historię sześciu osób, których mordercza klątwa dotknęła. Poznamy między innymi historię samej Kayako, czyli dowiemy się, jak narodziła się złowieszcza klątwa, dalej obejrzymy zetknięcie z klątwą niejakiej Kyoko, która do razu wyczuje, że z domem, który zamieszkiwali państwo Saeki jest coś nie tak.
Kolejnym bohaterem filmu będzie Tatsuya, który pracując w biurze nieruchomości sprzeda nawiedzony dom młodemu małżeństwu. Dalej zobaczymy, jak klątwa dopadnie policjanta imieniem Kanao, młodego nastolatka - Nobuya oraz Saori.
W szczegóły zdarzeń z udziałem każdego z bohaterów nie będę się zagłębiała, gdyż tu zdecydowanie odsyłam do samego filmu, a obejrzeć naprawdę warto. Skupię się bardziej na emocjach, jakie dzieło Shimizu wywołuje na odbiorcach, a wywołuje popłoch niemały. Nie raz dane nam będzie podziwiać przerażające obrazy z upiorem Kayako i Toshio, którzy powoli acz systematycznie ''wykańczać'' będą swoje ofiary. Oboje nie odpuszczą nikomu. Dodatkowym atutem jest muzyka, która w poszczególnych momentach będzie wzmagała w nas uczucie strachu i przerażenia.
Podobnie, jak wszystkie kolejne części Klątwy, budowa filmu jest dość niechronologiczna, co sprawi, że niektórzy będą się gubili w zrozumieniu całości, jednak zdecydowanie zalecam drugą część obejrzeć zaraz po pierwszej, wówczas to nie zgubimy wątku i będziemy historię ''ciągnęli'' w dalszym ciągu.
Pierwsze pół godziny filmu jest wiernym powtórzeniem wydarzeń, jakie mamy okazję oglądać w części pierwszej: epizod z nauczycielem Kobayashii, który odwiedza dom rodziny Saeki oraz wątek z Kyoko i Tatsuya. Tak więc w początkowych minutach filmu możemy spokojnie iść zaparzyć sobie herbatę lub wyskoczyć na moment po inny trunek. :) Właśnie ten początek nieco uważam za wadę filmu, ale zdaję sobie sprawę, że zabieg taki jest raczej niezbędny, aby w dalszej części ukazywać kolejne wydarzenia, które przecież - jakby nie patrzeć - wiążą się ze sobą w jedną całość.
Niektóre sceny nie dadzą o sobie zapomnieć i tak np jedną z najbardziej niesamowitych (jak dla mnie), która dosłownie mnie powaliła jest ta z historią chłopca Nobuya. Chodzi mi mianowicie o wątek w szkole, kiedy chłopiec wygląda przez okno, a na boisku szkolnym widzi całe hordy sunących w jego stronę Kayako. Niesamowite...
Tagi:
film
horror
j-horror
japonia
ju-on 2
ju-on the curse 2
klątwa
sakebi
takashi shimizu
tv version
17.08.2009 o godz. 17:55
Czy autentyczne morderstwo może być inspiracją do nakręcenia filmu? Okazuje się, że tak. Dzieło Bertino nie byłoby zresztą pierwszym tego typu filmem, gdyż w światowej kinematografii już niejednokrotnie fabuły czerpały ze zbrodni, które wydarzyły się w rzeczywistości.
Podobnie jest z The Strangers.

Do położonego na odludziu letniego domku przybywa para młodych ludzi. Niezręczną sytuację przerywa pukanie do drzwi i pytanie zadane przez nieznajomą dziewczynę. Wkrótce para zdaje sobie sprawę, że jest obiektem makabrycznej gry zamaskowanych obcych.
Reżyser przyznaje, że Nieznajomi zainspirowani zostali zabójstwem żony Romana Polańskiego, Sharon Tate i ich przyjaciół przez grupę Mansona. Wydarzenie to wstrząsnęło w latach 60-tych opinią publiczną.
Twórcę filmu zaintrygowała sytuacja, w której dręczenie i zabójstwo ofiar odbywa się na zasadzie loterii.
Film Bertino straszy klaustrofobicznym klimatem, kadrami, przez które przepływają tajemnicze półcienie, a tło dźwiękowe pełne jest podejrzanych dochodzących znikąd odgłosów.
Niestety, postaciom mamy wiele do zarzucenia. Ofiary zachowują się jak bezrozumne, pozbawione instynktu samozachowawczego zwierzęta. Psuje to wymowę filmu, bo przecież po gatunku ludzkim należałoby się spodziewać logicznego myślenia. Tu jednak jest inaczej, gdyż ofiary dosłownie same się pchają pod rzeźniczy nóż.
Powoduje to, że w pewnym momencie mamy już filmu serdecznie dość, bo takiej głupoty nie chce się oglądać.
Ogólnie pomysł jest w porządku i tu film będzie nam sprawiał przyjemność, ale wspomniane, żałosne zachowanie bohaterów, sprawi, że będziemy się czuli mocno rozczarowani.
Podobnie jest z The Strangers.

Do położonego na odludziu letniego domku przybywa para młodych ludzi. Niezręczną sytuację przerywa pukanie do drzwi i pytanie zadane przez nieznajomą dziewczynę. Wkrótce para zdaje sobie sprawę, że jest obiektem makabrycznej gry zamaskowanych obcych.
Reżyser przyznaje, że Nieznajomi zainspirowani zostali zabójstwem żony Romana Polańskiego, Sharon Tate i ich przyjaciół przez grupę Mansona. Wydarzenie to wstrząsnęło w latach 60-tych opinią publiczną.
Twórcę filmu zaintrygowała sytuacja, w której dręczenie i zabójstwo ofiar odbywa się na zasadzie loterii.
Film Bertino straszy klaustrofobicznym klimatem, kadrami, przez które przepływają tajemnicze półcienie, a tło dźwiękowe pełne jest podejrzanych dochodzących znikąd odgłosów.
Niestety, postaciom mamy wiele do zarzucenia. Ofiary zachowują się jak bezrozumne, pozbawione instynktu samozachowawczego zwierzęta. Psuje to wymowę filmu, bo przecież po gatunku ludzkim należałoby się spodziewać logicznego myślenia. Tu jednak jest inaczej, gdyż ofiary dosłownie same się pchają pod rzeźniczy nóż.
Powoduje to, że w pewnym momencie mamy już filmu serdecznie dość, bo takiej głupoty nie chce się oglądać.
Ogólnie pomysł jest w porządku i tu film będzie nam sprawiał przyjemność, ale wspomniane, żałosne zachowanie bohaterów, sprawi, że będziemy się czuli mocno rozczarowani.
16.08.2009 o godz. 10:32
Nie cierpię amerykańskich remaków azjatyckich straszaków...ale to już kiedyś pisałam. Niestety, na przekór wszystkiemu Amerykanie chwytają z reguły każdą ''skośnooką'' produkcję i przerabiają na swój mizerny sposób. Nie omija to produkcji japońskich, tajskich i koreańskich, co wielu fanów kina azjatyckiego przyprawia o mdłości i każda produkcja woła o pomstę do nieba.
Kolejnym ''przechwyconym'' filmem jest koreański In The Mirror w reżyserii Kinga Suma Ho, którego amerykański odpowiednik otrzymał tytuł Lustra.

Wydalony z policji i nadużywający z tego powodu alkoholu Ben Carson podejmuje pracę stróża nocnego w spalonym i nieczynnym od pięciu lat budynku luksusowego supermarketu Mayflower.
Już w czasie pierwszego obchodu zauważa, że w budynku dzieje się coś dziwnego, co ma związek z pięknie wyczyszczonymi lustrami. Widzi w nich zjawiska, które w rzeczywistości nie mają miejsca: otwierające się samoczynnie drzwi, które tak naprawdę są zamknięte, po jakimś czasie dostrzega płonące postacie, a nawet siebie samego w ogniu.
Dotknięcie lustra powoduje zranienie dłoni. Mężczyzna postanawia podjąć się śledztwa w tej sprawie, ale niedługo potem okazuje się, że jemu oraz jego rodzinie grozi ogromne niebezpieczeństwo.
No to jedziemy z tym koksem...
Koreański film podobał mi się średnio, bo o ile owszem - klimat miał, to o tyle samej grozy i strachu jak na lekarstwo. Dodatkowo ciekawa fabuła filmu sprawiła, że podczas oglądania koreańskiego pierwowzoru miałam wrażenie, że nie wszystko zostało w pełni wykorzystane.
Samo wykorzystanie tematyki luster w horrorze, to pomysł jak najbardziej udany i ciekawy, ale pod warunkiem, że nie przekroczy się pewnych granic. Amerykańskie Lustra przekroczyły tą granicę, co czyni film dziwnym i mało realnym obrazem.
W filmie Alexandre Aja, lustra emanują złą mocą już nie tylko w budynku, w którym miały miejsce dramatyczne wydarzenia, ale także poza nim, jak np. w mieszkaniu żony Carsona, która wyrzuciła go z powodu nadużywania alkoholu.
Powoduje to, że większość najciekawszych scen rozgrywa się poza sklepem.
Co do reszty, to znajdziemy tam wszystko, czym szczyci się typowy horror: dziwne i mrożące krew w żyłach krzyki, niezidentyfikowane widma, płonące postacie - wszystko to kraszona stawiającymi na nogi efektami muzycznymi.
Dużym plusem filmu jest miejsce, w którym rozgrywają się ukazane wydarzenia: prawdziwy budynek, którego spalone wnętrze napawa autentyczną grozą.
Także zakończenie filmu jest dla nas ogromnym zaskoczeniem, aczkolwiek nad jego sensem można sobie popolemizować.
Nie mam zastrzeżeń także co do obrazu i dźwięku. Wszystko widać dokładnie, każdy najdrobniejszy szczegół pozostawiony w zasięgu wzroku nie umknie naszej uwadze. Kolory także są w porządku.
Podobnie ma się rzecz z dźwiękiem. Efekty dźwiękowe robią wrażenie i tu także nie mamy prawa pominąć najdrobniejszego szczegółu.
Ogólnie mówiąc, obejrzeć się da, ale całość schematyczna i dość przewidywalna nie sprawi nam większej frajdy.
Kolejnym ''przechwyconym'' filmem jest koreański In The Mirror w reżyserii Kinga Suma Ho, którego amerykański odpowiednik otrzymał tytuł Lustra.

Wydalony z policji i nadużywający z tego powodu alkoholu Ben Carson podejmuje pracę stróża nocnego w spalonym i nieczynnym od pięciu lat budynku luksusowego supermarketu Mayflower.
Już w czasie pierwszego obchodu zauważa, że w budynku dzieje się coś dziwnego, co ma związek z pięknie wyczyszczonymi lustrami. Widzi w nich zjawiska, które w rzeczywistości nie mają miejsca: otwierające się samoczynnie drzwi, które tak naprawdę są zamknięte, po jakimś czasie dostrzega płonące postacie, a nawet siebie samego w ogniu.
Dotknięcie lustra powoduje zranienie dłoni. Mężczyzna postanawia podjąć się śledztwa w tej sprawie, ale niedługo potem okazuje się, że jemu oraz jego rodzinie grozi ogromne niebezpieczeństwo.
No to jedziemy z tym koksem...
Koreański film podobał mi się średnio, bo o ile owszem - klimat miał, to o tyle samej grozy i strachu jak na lekarstwo. Dodatkowo ciekawa fabuła filmu sprawiła, że podczas oglądania koreańskiego pierwowzoru miałam wrażenie, że nie wszystko zostało w pełni wykorzystane.
Samo wykorzystanie tematyki luster w horrorze, to pomysł jak najbardziej udany i ciekawy, ale pod warunkiem, że nie przekroczy się pewnych granic. Amerykańskie Lustra przekroczyły tą granicę, co czyni film dziwnym i mało realnym obrazem.
W filmie Alexandre Aja, lustra emanują złą mocą już nie tylko w budynku, w którym miały miejsce dramatyczne wydarzenia, ale także poza nim, jak np. w mieszkaniu żony Carsona, która wyrzuciła go z powodu nadużywania alkoholu.
Powoduje to, że większość najciekawszych scen rozgrywa się poza sklepem.
Co do reszty, to znajdziemy tam wszystko, czym szczyci się typowy horror: dziwne i mrożące krew w żyłach krzyki, niezidentyfikowane widma, płonące postacie - wszystko to kraszona stawiającymi na nogi efektami muzycznymi.
Dużym plusem filmu jest miejsce, w którym rozgrywają się ukazane wydarzenia: prawdziwy budynek, którego spalone wnętrze napawa autentyczną grozą.
Także zakończenie filmu jest dla nas ogromnym zaskoczeniem, aczkolwiek nad jego sensem można sobie popolemizować.
Nie mam zastrzeżeń także co do obrazu i dźwięku. Wszystko widać dokładnie, każdy najdrobniejszy szczegół pozostawiony w zasięgu wzroku nie umknie naszej uwadze. Kolory także są w porządku.
Podobnie ma się rzecz z dźwiękiem. Efekty dźwiękowe robią wrażenie i tu także nie mamy prawa pominąć najdrobniejszego szczegółu.
Ogólnie mówiąc, obejrzeć się da, ale całość schematyczna i dość przewidywalna nie sprawi nam większej frajdy.
14.08.2009 o godz. 12:45
Ok, zacznę od tego, że film ten ma dwa duże plusy: po pierwsze - jest to pierwszy horror w trójwymiarze, a po drugie - film ten wszedł na polskie ekrany w święto Halloween, które przecież chcąc nie chcąc kojarzy się bez wątpienia z grozą i makabrą. Wypad do kina na tenże film akurat w tym dniu, to nie lada atrakcja.
Co ciekawe - pomimo, że film został nakręcony w dość amatorski sposób, to jednak nie przeszkodziło mu to zdobyć rozgłosu. Faktycznie, pomimo moich obaw, produkcja ta okazała się dość ciekawym obrazem.

Małe amerykańskie miasteczko. Szesnaście lat po tym, jak młoda dziewczyna zabiła pracownika miejscowej kostnicy, podejrzewanego o dokonanie szeregu morderstw na nastolatkach, znowu dochodzi do serii tajemniczych zbrodni...
Na początku film ten może nas zniechęcić, gdyż niewiele się dzieje. Obserwujemy spokojne życie nastolatków oraz ich bliskich i jedynie poprzez sceny retrospekcji możemy się domyślić, że stało się tam kiedyś coś strasznego. Nasze podejrzenia wzmagają się, gdy poznajemy jedną z kluczowych bohaterek Joan Burrows, która zdaje się skrywać w odmętach swojego umysłu jakiś bolesny sekret/wspomnienie.
Wszystko zaczyna nabierać tempa, kiedy w miasteczku zaczynają w brutalny sposób ginąć ludzie.
Wtedy zaczyna robić się ciekawie i akcja ni mniej ni więcej wciąga nas jak kultowy już Krzyk Craven'a. Jesteśmy zaintrygowani wydarzeniami i staramy się odgadnąć na własną rękę, kto stoi za tymi morderstwami. Potencjalnych podejrzanych pojawi się wielu, przez co seans będzie naprawdę ekscytujący.
Niestety, mimo iż film jest w 3D, to jednak samych efektów trójwymiarowości jakoś tak niewiele dane nam będzie podziwiać. Rzucał się w oczy jedynie jeśli chodzi o przestrzeń, natomiast jeżeli już chodzi o akcję, tryskające kropelki krwi, etc... - tu poczułam się nieco zawiedziona, gdyż oczekiwałam lepszego efektu, no ale trudno się mówi...
Jak to na slasher przystało, mamy tu przyzwoitą ilość krwi, odcinane kończyny, zmasakrowane ciała ofiar, które noszą bez wątpienia ślady tortur...czyli każdy miłośnik ''krwawych'' produkcji znajdzie tu coś dla siebie.
Przyznam, że sceny końcowe, które nam wszystko wyjaśniają są mocne i to dla nich warto się przemęczyć przez nieco nudnawy początek. Potem już z górki.
Pomimo, że osoba mordercy jest dla nas zagadką przez większą część filmu, to końcówka zupełnie stereotypowa nie zaskoczy nas niczym nowym. Szkoda, ale i tak nie jest źle. W sumie seans Blizny 3D mogę zaliczyć do całkiem miłych i udanych.
Co ciekawe - pomimo, że film został nakręcony w dość amatorski sposób, to jednak nie przeszkodziło mu to zdobyć rozgłosu. Faktycznie, pomimo moich obaw, produkcja ta okazała się dość ciekawym obrazem.

Małe amerykańskie miasteczko. Szesnaście lat po tym, jak młoda dziewczyna zabiła pracownika miejscowej kostnicy, podejrzewanego o dokonanie szeregu morderstw na nastolatkach, znowu dochodzi do serii tajemniczych zbrodni...
Na początku film ten może nas zniechęcić, gdyż niewiele się dzieje. Obserwujemy spokojne życie nastolatków oraz ich bliskich i jedynie poprzez sceny retrospekcji możemy się domyślić, że stało się tam kiedyś coś strasznego. Nasze podejrzenia wzmagają się, gdy poznajemy jedną z kluczowych bohaterek Joan Burrows, która zdaje się skrywać w odmętach swojego umysłu jakiś bolesny sekret/wspomnienie.
Wszystko zaczyna nabierać tempa, kiedy w miasteczku zaczynają w brutalny sposób ginąć ludzie.
Wtedy zaczyna robić się ciekawie i akcja ni mniej ni więcej wciąga nas jak kultowy już Krzyk Craven'a. Jesteśmy zaintrygowani wydarzeniami i staramy się odgadnąć na własną rękę, kto stoi za tymi morderstwami. Potencjalnych podejrzanych pojawi się wielu, przez co seans będzie naprawdę ekscytujący.
Niestety, mimo iż film jest w 3D, to jednak samych efektów trójwymiarowości jakoś tak niewiele dane nam będzie podziwiać. Rzucał się w oczy jedynie jeśli chodzi o przestrzeń, natomiast jeżeli już chodzi o akcję, tryskające kropelki krwi, etc... - tu poczułam się nieco zawiedziona, gdyż oczekiwałam lepszego efektu, no ale trudno się mówi...
Jak to na slasher przystało, mamy tu przyzwoitą ilość krwi, odcinane kończyny, zmasakrowane ciała ofiar, które noszą bez wątpienia ślady tortur...czyli każdy miłośnik ''krwawych'' produkcji znajdzie tu coś dla siebie.
Przyznam, że sceny końcowe, które nam wszystko wyjaśniają są mocne i to dla nich warto się przemęczyć przez nieco nudnawy początek. Potem już z górki.
Pomimo, że osoba mordercy jest dla nas zagadką przez większą część filmu, to końcówka zupełnie stereotypowa nie zaskoczy nas niczym nowym. Szkoda, ale i tak nie jest źle. W sumie seans Blizny 3D mogę zaliczyć do całkiem miłych i udanych.
08.08.2009 o godz. 12:59
Kiedy w roku 1999 na rynku ukazała się niesamowita książka japońskiego pisarza Kōshuna Takamiego, zatytułowana Batoru rowaiaru (バトル・ロワイアル), nikt chyba nie przypuszczał, że oto rok później dane nam będzie oglądać na dużym ekranie znakomitą adaptację powieści, a zarazem jeden z najlepszych japońskich filmów akcji ostatnich dziesięciu lat. Tematykę, jaką podjęła książka i co za tym idzie także i film, jest nawet i dziś jak najbardziej na czasie, choć mam nadzieję, że dosłownie nie doświadczymy tak skrajnej anarchii wśród młodzieży i zwyrodnienia, jakie mamy okazję oglądać w filmie Fukasaku.

UWAGA! PONIŻSZY OPIS FABUŁY ZAWIERA WĄTKI SPOILEROWE!
Akcja Battle Royale rozgrywa się w przyszłości. Jedyną wskazówką odnośnie czasu jest informacja, że wydarzenia dzieją się na początku nowego tysiąclecia. Piętnaście procent ludności Japonii jest bez pracy, wśród młodzieży szerzy się anarchia i ogólny brak poszanowania dla starszych. Rząd, obawiając się całkowitego osłabienia swoich wpływów, postanawia wdrożyć w życie projekt BR (Battle Royale). Raz do roku drogą losowania wybrani zostają uczniowie jednego z liceów, którzy trafianą na bezludną wyspę aby rozegrać makabryczną grę. Jej zasady są proste: przez trzy dni uczestnicy gry będą przemierzać wyspę w celu wyeliminowania pozostałych zawodników – swoich szkolnych kolegów. Jeżeli po trzech dniach przy życiu pozostanie więcej niż jeden zawodnik, wszyscy ocaleli zginą. Każdy uczestnik wyposażony zostaje w skromny ekwipunek: rację żywnościową, mapę, kompas i jakiś rodzaj broni – ktoś może dostać karabin maszynowy, ktoś inny zaś lornetkę.
Młodzież, nie dowierzając temu, co się dzieje, rozpierzcha się po wyspie z mętlikiem w głowie, starając się znaleźć odpowiednie dla siebie wyjście z sytuacji. *
Początkowo, zaraz po sukcesie książki, Battle Royale doczekał się także piętnastotomowej mangi, która równie szybko zdobyła uznanie wśród fanów. Film jednak okazał się ogromnym sukcesem. Szokująca fabuła, w której młodzi ludzie muszą się eliminować nawzajem przyciągnęła rzesze widzów na całym świecie. I chyba właśnie w fabule tkwi klucz do sukcesu tej produkcji. Całość sprawia niesamowite wrażenie i akcja, jaką dane nam będzie oglądać wciąga widza w wir wydarzeń niczym tornado. Nie ma tu chwili wytchnienia i czasu na nudę. Co chwilę ktoś ginie, co chwilę słyszymy strzały, krzyki konających młodych ludzi, którzy właśnie stracili życie z rąk swoich przyjaciół.
No właśnie. Slogan reklamowy filmu brzmi: Czy jesteś w stanie zabić swojego najlepszego przyjaciela? Film dogłębnie porusza problem prawdziwej przyjaźni, zaufania pomiędzy uczniami, którzy do tej pory potrafili się wspólnie bawić, śmiać się, kochać. Teraz przyszło im się zmierzyć z okrutną grą, jaką tak naprawdę jest życie...dorosłe życie.
Nie można tej produkcji zarzucić braku brutalności i dużego rozlewu krwi. Wszystko dzięki najróżniejszym ''środkom eliminacji'', które trafiają do rąk naszych bohaterów. Mają oni do dyspozycji uzi, kusze, noże, pistolety, granaty, siekiery, paralizatory czy też zwykłe domowe naczynia. Trzeba przyznać, że jatka jest naprawdę niezła i oczywiście nie ogląda się przyjemnie takich obrazów, zdając sobie sprawę, że za broń chwytają młodzi ludzie. Jednak pomijając ten wątek - w filmie wypada to naprawdę znakomicie.
Bez wątpienia film uderza tu także w problematykę brutalności wśród młodzieży. Przecież co chwilę słyszymy w telewizji, że oto w Ameryce (przykładowo) kolejny nastolatek wparował do szkoły uzbrojony po zęby i powystrzelał połowę ludzi. Czyli w sumie to nic nowego, ale jednak temat drażliwy dla wielu.
Wprawdzie na wyspie mamy ponad 40 uczniów, to tak naprawdę cała akcja skupia się w obrębie 5-6 osób, których losy śledzimy od początku do końca. Oglądamy ich walkę o przetrwanie, co sprawia, że po jakimś czasie zaczynamy czuć do nich sympatię i najchętniej chcielibyśmy, aby każdy z nich się uratował. Niestety, nie jest to jednak możliwe. Każdy z nich jest wręcz zmuszony do zabicia swoich znajomych, przyjaciół, aby przeżyć.
Mamy okazję na ekranie podziwiać także znakomitego reżysera Takeshi Kitano, który wyreżyserował między innymi wspaniałe Lalki (Dooruzu) w 2002 roku. Tu jego występ jest niezapomniany. Zresztą w ogóle obsada filmu jest powalająca, bo obok znakomitego Kitano zobaczymy tu także m.in. Chiaki Kuriyame (Ekusute, Yôkai daisensô, Shikoku, etc...) czy też Tatsuya Fujiware (Sabu, Death Note, Kamen gakuen, etc...)
Prawdą jest, że przemoc odgrywa w filmie dużą rolę i niekiedy wszystko wygląda wstrząsająco, choć z drugiej strony nie mamy tu żadnego extreme, a szokujące jest jedynie to, że masakry tej dokonują nastolatkowie i to jest tak naprawdę niepokojące.
W filmie dostrzeżemy także pewne refleksje społeczeństwa oraz te, dotyczące ludzkiej natury. Uderza on w sedno prawdziwego życia: czym jest strach, nieśmiałość, oszustwo, miłość, zazdrość, upokorzenie i bezsilność.
Podsumowując: Battle Royale ma znacznie więcej do zaoferowania niż orgia krwi i bezsensownej przemocy, jak niektórzy twierdzą. Są jego przeciwnicy, jak i zwolennicy, ale jedno jest pewne - seansu produkcji Fukasaku po prostu nie da się zapomnieć.
Film ten jest z pewnością dla widzów, którzy po pierwsze: lubią kino japońskie; po drugie: lubią kino, które nie boi się pokazywać prawdziwej przemocy i emocji.
Mimo szokującej tematyki, jestem pewna, że warto dać Battle Royale szansę.
* http://pl.wikipedia.org/wiki/Battle_Royale

UWAGA! PONIŻSZY OPIS FABUŁY ZAWIERA WĄTKI SPOILEROWE!
Akcja Battle Royale rozgrywa się w przyszłości. Jedyną wskazówką odnośnie czasu jest informacja, że wydarzenia dzieją się na początku nowego tysiąclecia. Piętnaście procent ludności Japonii jest bez pracy, wśród młodzieży szerzy się anarchia i ogólny brak poszanowania dla starszych. Rząd, obawiając się całkowitego osłabienia swoich wpływów, postanawia wdrożyć w życie projekt BR (Battle Royale). Raz do roku drogą losowania wybrani zostają uczniowie jednego z liceów, którzy trafianą na bezludną wyspę aby rozegrać makabryczną grę. Jej zasady są proste: przez trzy dni uczestnicy gry będą przemierzać wyspę w celu wyeliminowania pozostałych zawodników – swoich szkolnych kolegów. Jeżeli po trzech dniach przy życiu pozostanie więcej niż jeden zawodnik, wszyscy ocaleli zginą. Każdy uczestnik wyposażony zostaje w skromny ekwipunek: rację żywnościową, mapę, kompas i jakiś rodzaj broni – ktoś może dostać karabin maszynowy, ktoś inny zaś lornetkę.
Młodzież, nie dowierzając temu, co się dzieje, rozpierzcha się po wyspie z mętlikiem w głowie, starając się znaleźć odpowiednie dla siebie wyjście z sytuacji. *
Początkowo, zaraz po sukcesie książki, Battle Royale doczekał się także piętnastotomowej mangi, która równie szybko zdobyła uznanie wśród fanów. Film jednak okazał się ogromnym sukcesem. Szokująca fabuła, w której młodzi ludzie muszą się eliminować nawzajem przyciągnęła rzesze widzów na całym świecie. I chyba właśnie w fabule tkwi klucz do sukcesu tej produkcji. Całość sprawia niesamowite wrażenie i akcja, jaką dane nam będzie oglądać wciąga widza w wir wydarzeń niczym tornado. Nie ma tu chwili wytchnienia i czasu na nudę. Co chwilę ktoś ginie, co chwilę słyszymy strzały, krzyki konających młodych ludzi, którzy właśnie stracili życie z rąk swoich przyjaciół.
No właśnie. Slogan reklamowy filmu brzmi: Czy jesteś w stanie zabić swojego najlepszego przyjaciela? Film dogłębnie porusza problem prawdziwej przyjaźni, zaufania pomiędzy uczniami, którzy do tej pory potrafili się wspólnie bawić, śmiać się, kochać. Teraz przyszło im się zmierzyć z okrutną grą, jaką tak naprawdę jest życie...dorosłe życie.
Nie można tej produkcji zarzucić braku brutalności i dużego rozlewu krwi. Wszystko dzięki najróżniejszym ''środkom eliminacji'', które trafiają do rąk naszych bohaterów. Mają oni do dyspozycji uzi, kusze, noże, pistolety, granaty, siekiery, paralizatory czy też zwykłe domowe naczynia. Trzeba przyznać, że jatka jest naprawdę niezła i oczywiście nie ogląda się przyjemnie takich obrazów, zdając sobie sprawę, że za broń chwytają młodzi ludzie. Jednak pomijając ten wątek - w filmie wypada to naprawdę znakomicie.
Bez wątpienia film uderza tu także w problematykę brutalności wśród młodzieży. Przecież co chwilę słyszymy w telewizji, że oto w Ameryce (przykładowo) kolejny nastolatek wparował do szkoły uzbrojony po zęby i powystrzelał połowę ludzi. Czyli w sumie to nic nowego, ale jednak temat drażliwy dla wielu.
Wprawdzie na wyspie mamy ponad 40 uczniów, to tak naprawdę cała akcja skupia się w obrębie 5-6 osób, których losy śledzimy od początku do końca. Oglądamy ich walkę o przetrwanie, co sprawia, że po jakimś czasie zaczynamy czuć do nich sympatię i najchętniej chcielibyśmy, aby każdy z nich się uratował. Niestety, nie jest to jednak możliwe. Każdy z nich jest wręcz zmuszony do zabicia swoich znajomych, przyjaciół, aby przeżyć.
Mamy okazję na ekranie podziwiać także znakomitego reżysera Takeshi Kitano, który wyreżyserował między innymi wspaniałe Lalki (Dooruzu) w 2002 roku. Tu jego występ jest niezapomniany. Zresztą w ogóle obsada filmu jest powalająca, bo obok znakomitego Kitano zobaczymy tu także m.in. Chiaki Kuriyame (Ekusute, Yôkai daisensô, Shikoku, etc...) czy też Tatsuya Fujiware (Sabu, Death Note, Kamen gakuen, etc...)
Prawdą jest, że przemoc odgrywa w filmie dużą rolę i niekiedy wszystko wygląda wstrząsająco, choć z drugiej strony nie mamy tu żadnego extreme, a szokujące jest jedynie to, że masakry tej dokonują nastolatkowie i to jest tak naprawdę niepokojące.
W filmie dostrzeżemy także pewne refleksje społeczeństwa oraz te, dotyczące ludzkiej natury. Uderza on w sedno prawdziwego życia: czym jest strach, nieśmiałość, oszustwo, miłość, zazdrość, upokorzenie i bezsilność.
Podsumowując: Battle Royale ma znacznie więcej do zaoferowania niż orgia krwi i bezsensownej przemocy, jak niektórzy twierdzą. Są jego przeciwnicy, jak i zwolennicy, ale jedno jest pewne - seansu produkcji Fukasaku po prostu nie da się zapomnieć.
Film ten jest z pewnością dla widzów, którzy po pierwsze: lubią kino japońskie; po drugie: lubią kino, które nie boi się pokazywać prawdziwej przemocy i emocji.
Mimo szokującej tematyki, jestem pewna, że warto dać Battle Royale szansę.
* http://pl.wikipedia.org/wiki/Battle_Royale
06.08.2009 o godz. 07:48
Trzeba przyznać, że hiszpańskie horrory coraz prężniej pną się w górę po szczeblach światowej kinematografii grozy. Dziś już śmiało możemy wymienić kilka dość nawet udanych tytułów filmów grozy z tego kraju.
Cała ta sytuacja bardzo mnie cieszy, gdyż mamy oto okazję podziwiać urozmaicony typ horroru, a nie - jak to było dotychczas - obracać się jedynie w kręgach ''Made In U.S.A.'' czy ''gorowych'' straszaków włoskich, tudzież skośnookich panien z długimi włosami (akurat ten ostatni typ cenię sobie szczególnie ;) ).
Tym razem wpadł nam w łapy Sierociniec. Obrazy pełne tajemniczości i do tego nadzwyczaj ponure...

Laura wraca wraz z mężem i adoptowanym synem Simonem do sierocińca, w którym się wychowała. Jednak po jakimś czasie jej synek zaczyna się dziwnie zachowywać, w po kłótni z matką znika z domu.
Laura podejrzewa, że uprowadził go były wychowanek - Tomas.
Powoli, acz nieubłaganie stajemy się fanami hiszpańskich horrorów, które potrafią straszyć bez pomocy gadżetów, za to niezwykle skutecznie.
Oczywiście, że w Sierocińcu nie brakuje zamykających się nagle drzwi, demonicznych postaci, skrzypiących desek, etc... Ale to tylko intrygująca oprawa historii, w której na tle mrocznej tajemnicy toczy się walka zdeterminowanej matki o zaginione dziecko.
Trzymający w napięciu horror, w którym wszystko się może zdarzyć.
W niektórych momentach faktycznie nie raz podskoczymy na fotelu lub będziemy mieli ochotę przysłonić oczy. Niepokojący klimat całej produkcji, nadaje jej naprawdę niespotykanego zwłaszcza we współczesnych horrorach - dziwnego i ponurego charakteru, który powoduje, że ciarki przechodzą nam po plecach.
Dużym plusem jest obraz, który nasycony został barwami. Niekiedy pojawią się jaskrawsze kolory, innym razem nieco przyblakłe. Całość robi pozytywne wrażenie.
Tak więc polecam...
Cała ta sytuacja bardzo mnie cieszy, gdyż mamy oto okazję podziwiać urozmaicony typ horroru, a nie - jak to było dotychczas - obracać się jedynie w kręgach ''Made In U.S.A.'' czy ''gorowych'' straszaków włoskich, tudzież skośnookich panien z długimi włosami (akurat ten ostatni typ cenię sobie szczególnie ;) ).
Tym razem wpadł nam w łapy Sierociniec. Obrazy pełne tajemniczości i do tego nadzwyczaj ponure...

Laura wraca wraz z mężem i adoptowanym synem Simonem do sierocińca, w którym się wychowała. Jednak po jakimś czasie jej synek zaczyna się dziwnie zachowywać, w po kłótni z matką znika z domu.
Laura podejrzewa, że uprowadził go były wychowanek - Tomas.
Powoli, acz nieubłaganie stajemy się fanami hiszpańskich horrorów, które potrafią straszyć bez pomocy gadżetów, za to niezwykle skutecznie.
Oczywiście, że w Sierocińcu nie brakuje zamykających się nagle drzwi, demonicznych postaci, skrzypiących desek, etc... Ale to tylko intrygująca oprawa historii, w której na tle mrocznej tajemnicy toczy się walka zdeterminowanej matki o zaginione dziecko.
Trzymający w napięciu horror, w którym wszystko się może zdarzyć.
W niektórych momentach faktycznie nie raz podskoczymy na fotelu lub będziemy mieli ochotę przysłonić oczy. Niepokojący klimat całej produkcji, nadaje jej naprawdę niespotykanego zwłaszcza we współczesnych horrorach - dziwnego i ponurego charakteru, który powoduje, że ciarki przechodzą nam po plecach.
Dużym plusem jest obraz, który nasycony został barwami. Niekiedy pojawią się jaskrawsze kolory, innym razem nieco przyblakłe. Całość robi pozytywne wrażenie.
Tak więc polecam...
28.07.2009 o godz. 11:39






