Sakebi

Film jest snem

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Wielkie, zmutowane potwory, siejące postrach wśród ludności to już chyba specjalność Japończyków.
Na początku tego ''trendu'' monster movies z powodzeniem straszyła nas Godzilla w reżyserii Ishirô Hondy (rok 1954). Potem, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać coraz to nowe produkcje z dziwnymi potworami, które opanowywały naszą planetę (były dziwaczne latające stworzenia - ćma Mothra, potwory morsko-lądowe - żółw Gamera, etc...).
W roku 1970 po raz kolejny Honda uraczył nas kolejnym monstro-straszydłem. Tym razem padło na olbrzymią amebę. Całość okraszona elementami science-fiction robi nawet interesujące wrażenie.




Trwają bezzałogowe wyprawy na Jowisza. Któregoś dnia jeden z takich pojazdów spada do Pacyfiku z dziwnym pasożytem na pokładzie.
Monstrum jednak, zanim opanuje Ziemię, będzie musiało przejść przez różne stadia łańcucha pokarmowego.

Rok 1970 był rokiem, gdzie swoje apogeum osiągnęły filmy o podobnej tematyce. Cieszyły się one wówczas olbrzymią popularnością nie tylko w rodzimej Japonii, gdzie powstawała większość z nich. Co niektórzy miłośnicy monster movies nawet po kilka razy chodzili do kina na ten sam seans i za każdym razem bawili się znakomicie (sama znam jednego z takich zapalonych fanów Godzilli).
Jednak z drugiej strony nie da się ukryć, że rok 1970 jest też początkiem końca japońskich Kaiju (potwór - sic!). Większość produkcji ukazała się w latach 50-tych i 60-tych, przez co w kolejnych latach zainteresowanie tego typu kinem nieco zelżało. IMDb wymienia dziś około 51 filmów, gdzie olbrzymie potwory dokonywały spustoszeń na terenach wielkich miast i siały postrach wśród zwykłych obywateli, a służby wojskowe wprawiały w niemałe zakłopotanie.
Nie jest wykluczone, że reżyser - widząc upadający gatunek jakim był monster movies, postanowił tchnąć nieco świeżości i tak powstała kolejna historia o wielkiej amebie rodem z kosmosu. Jednak widać tu fascynację początkami tego gatunku, jednak mimo tego wprowadza także trzy nowe potwory: amebę, kraba i żółwia (choć ten ostatni już się w kinie pojawił).

Angielski tytuł filmu (Space Amoeba) podkreśla aspekt science-fiction całej historii, co nie jest np. uwzględnione w tytule japońskim, który skupia się na pewnej śmierci na Pacyfiku (tak to opcjonalnie wygląda). Istnieje także alternatywny tytuł filmu (w wersji angielskiej - Yog: The Space Amoeba), w którym co niektórzy dopatrują się nawiązań do Lovercrafta i jego The Call of Cthulhu.

Całość, jak na lata 70-te wypada nadzwyczaj zaskakująco dobrze i fanom Kaiju film Hondy spodoba się z całą pewnością. Produkcję tą polecam także tym, którzy są zainteresowani historią całego gatunku.
Potwory są imponujące i faktycznie niekiedy mogą wywołać gęsią skórkę, choć wiadomo...to już nie te lata, ale jestem pewna, że gdybym oglądała Space Amoeba w latach 70-tych, to nieźle bym się przeraziła.

Podziwiać będzie co, bo oprócz ciekawych i efektownych potworów, będziemy mieli okazję oglądać także znakomitą grę aktorów, którym naprawdę udało się stworzyć ciekawe postacie.

Film oczywiście polecam i to nie tylko zagorzałym fanom japońskich monster movies.

05.09.2009 o godz. 11:04
Tym razem Koreańczycy pokusili się o adaptację słynnej baśni braci Grimm. Wyszło wspaniałe dzieło: przepiękna baśń ubrana w zaskakująco doskonałą oprawę filmową. Duża w tym zasługa utalentowanych dzieci - aktorów oraz znakomitej scenografii, która zadowoli najbardziej wybrednego kinomaniaka.
Nie zawaham się stwierdzić, że oglądając ten film, odnosimy wrażenie, że ów baśń staje się rzeczywistością, a cienka granica, jaka łączy mit i świat realny ulega tu bezpowrotnemu zatraceniu.




Historia banalna, gdyż oto poznajemy młodzieńca - Eun-Soo, który podczas podróży do swojej ciężko chorej matki ulega wypadkowi.
Kiedy odzyskuje przytomność dostrzega 12-letnią Young-hee, która prowadzi młodzieńca do swojego domku. Tam chłopak zostaje uwięziony zarówno przez nią, jak i jej rodzeństwo: 7-letnią siostrę Jung-soon i 13-letniego brata - Man-boka.
Sytuację pogarsza informacja, że wszyscy dotychczasowi dorośli, którzy odwiedzili dom dzieci zginęli w tajemniczych okolicznościach. Przerażony Eun-Soo próbuje się wydostać, ale dom zdaje się nie mieć wyjścia, a do tego położony jest na zupełnym odludziu.

Dzieło Pil-Sung Yima od razu nasunęło mi skojarzenie z inną piękną koreańską produkcją - Janghwa, Hongryeon (A Tale of Two Sisters) Ji-woon Kima z roku 2003. Jednak reżyser Hansel & Gretel uczynił swoją historię jakby bardziej spójną. Baśń, jak to baśń - jest utworem, gdzie odrobina tajemniczości musi być, ale w tym wypadku tajemniczość przepełnia praktycznie całą produkcję. Dzieci - żyją w swoim własnym świecie, w którym nigdy nie są w stanie dorosnąć. Nie rozwijają się ani nie dojrzewają, a ich codzienne kaprysy zawsze zostają spełnione.

W porównaniu z ich ubogimi rodzicami, którzy nieśmiało pozostawiają swoje dzieci na pastwę losu, te okazują się nad wyraz sprytne i wyrafinowane. Ich niedojrzałe umysły kryją w sobie coś ciemnego, coś czego normalny człowiek nie jest w stanie pojąć. Jak to bywa w klasycznej bajce dla dorosłych, dzieci są problemem, dlatego należy się ich pozbyć.

Główną problematykę filmu stanowi zaufanie. Pozbawione opieki dorosłych, muszą polegać tylko na sobie, choć widać iż każde z nich bardzo tęskni za normalnym, rodzinnym domem. Dlatego też każde z dzieci przyjmuje inną postawę, którą z reguły jest buntowniczość.
Nie chcąc się upodobnić do dorosłych, eliminują ich, choć tak naprawdę prawdziwa wina nie leży po ich stronie, lecz po stronie dorosłych, którzy nawet nie dają dzieciakom nadziei na lepsze życie.

Należy także podkreślić, iż dzieło Pil-Sung Yim posiada silne akcenty oniryczne. Także budowanie grozy odbywa się głównie za pomocą klimatycznych pomieszczeń oraz przepięknych i tajemniczych plenerów. Oczywiście całość dopełnia wspaniała muzyka oraz wspomnieni na początku znakomici aktorzy.

Film bez wątpienia godny uwagi już choćby z tego względu, że brak w nim - typowej w azjatyckim kinie grozy - długowłosej kobiecej postaci, która sieje grozę. Tu, pomimo braku tej bohaterki, reżyserowi udało się w pełni uzyskać nie gorszy efekt rodem z horroru.
Polecam.


21.08.2009 o godz. 08:26
Po raz kolejny szanowny pan Shimizu postanowił przerazić zgłodniałych i zapalonych fanów swoich obrazów.
W pierwszej części Ju-On The Curse udało mu się to znakomicie. Na szczęście także i druga odsłona morderczej klątwy Kayako Saeki kontynuuje mroczny i przygnębiający klimat ''jedynki''.




"Klątwa rzucona przez tego, kto ginie w gniewie, działa w miejscu, w którym człowiek ten żył. Ci, których dosięgnie - umierają, a wtedy klątwa rodzi się na nowo..."



Podobnie, jak część pierwsza, tak i ta zaczyna się podobnie od wyjaśnienia czym jest ów klątwa, która niczym wirus pochłania każdą ofiarę, która stanęła na drodze Kayako oraz Toshio.
Nie chcąc zbyt dużo spoilerować, żeby nie zepsuć zabawy z późniejszego seansu, skupię się jedynie na walorach (tudzież na wadach) tego dzieła grozy, aczkolwiek tych drugich będzie bardzo mało.

W filmie mamy okazję prześledzić historię sześciu osób, których mordercza klątwa dotknęła. Poznamy między innymi historię samej Kayako, czyli dowiemy się, jak narodziła się złowieszcza klątwa, dalej obejrzymy zetknięcie z klątwą niejakiej Kyoko, która do razu wyczuje, że z domem, który zamieszkiwali państwo Saeki jest coś nie tak.
Kolejnym bohaterem filmu będzie Tatsuya, który pracując w biurze nieruchomości sprzeda nawiedzony dom młodemu małżeństwu. Dalej zobaczymy, jak klątwa dopadnie policjanta imieniem Kanao, młodego nastolatka - Nobuya oraz Saori.

W szczegóły zdarzeń z udziałem każdego z bohaterów nie będę się zagłębiała, gdyż tu zdecydowanie odsyłam do samego filmu, a obejrzeć naprawdę warto. Skupię się bardziej na emocjach, jakie dzieło Shimizu wywołuje na odbiorcach, a wywołuje popłoch niemały. Nie raz dane nam będzie podziwiać przerażające obrazy z upiorem Kayako i Toshio, którzy powoli acz systematycznie ''wykańczać'' będą swoje ofiary. Oboje nie odpuszczą nikomu. Dodatkowym atutem jest muzyka, która w poszczególnych momentach będzie wzmagała w nas uczucie strachu i przerażenia.

Podobnie, jak wszystkie kolejne części Klątwy, budowa filmu jest dość niechronologiczna, co sprawi, że niektórzy będą się gubili w zrozumieniu całości, jednak zdecydowanie zalecam drugą część obejrzeć zaraz po pierwszej, wówczas to nie zgubimy wątku i będziemy historię ''ciągnęli'' w dalszym ciągu.
Pierwsze pół godziny filmu jest wiernym powtórzeniem wydarzeń, jakie mamy okazję oglądać w części pierwszej: epizod z nauczycielem Kobayashii, który odwiedza dom rodziny Saeki oraz wątek z Kyoko i Tatsuya. Tak więc w początkowych minutach filmu możemy spokojnie iść zaparzyć sobie herbatę lub wyskoczyć na moment po inny trunek. :) Właśnie ten początek nieco uważam za wadę filmu, ale zdaję sobie sprawę, że zabieg taki jest raczej niezbędny, aby w dalszej części ukazywać kolejne wydarzenia, które przecież - jakby nie patrzeć - wiążą się ze sobą w jedną całość.
Niektóre sceny nie dadzą o sobie zapomnieć i tak np jedną z najbardziej niesamowitych (jak dla mnie), która dosłownie mnie powaliła jest ta z historią chłopca Nobuya. Chodzi mi mianowicie o wątek w szkole, kiedy chłopiec wygląda przez okno, a na boisku szkolnym widzi całe hordy sunących w jego stronę Kayako. Niesamowite...

17.08.2009 o godz. 17:55
Okaleczenia, nagość, tortury, robactwo, gore, amputacje...czyli to, co Japończykom obce nie jest, a zwłaszcza w kinie lat 80-tych i początkowych 90-tych. W horrorach właśnie z tego przedziału mieści się właściwie czyste extreme i brutalność. Mamy mordowane kobiety, które przed śmiercią okrutnie torturowano, wyrywane kończyny, mnóstwo krwi, itp...Powstały w 1988 roku Evil Dead Trap nie odbiega znacznie od normy i to właśnie przykuło moją uwagę.



Pewnego dnia reporterka Nami Tsuchiya znajduje na swoim biurku tajemniczą taśmę wideo. Gdy odtwarza ją na magnetowidzie jest świadkiem zapisu snuff movie. Kobieta za wszelką cenę postanawia rozwikłać zagadkę przedstawionego tam morderstwa i wraz z grupą przyjaciół wyrusza na poszukiwania mordercy. Wkrótce trafiają do opuszczonej fabryki, w której czai się psychopata.

W Evil Dead Trap znajdziemy wszystko, o czym wspominałem na początku, czyli zdecydowanie nie jest to film dla każdego. Niektóre sceny robią naprawdę niesamowite wrażenie, tym bardziej, że nic wcześniej nie wskazuje na ich brutalność, jaką dane nam będzie zobaczyć.
Widać inspirację dziełami Cronenberga oraz Fulci, nie wspominając nawet o poszczególnych scenach rodem z filmów Argento.

Plusem Evil Dead Trap jest to, że właściwie film jest przyjemny, prymitywny, a do tego nad wyraz surowy. Można powiedzieć, że fabuła na wskroś charakteryzuje się totalną bzdurą. Podobnie ma się rzecz z zachowaniami bohaterów, ale to jeszcze nie ta bajka...
Nie oznacza to, że film jest kiepski. Evil Dead Trap jest jak ''tanie wino'': z początku smakuje jak trunek ze zgniłych owoców, by po jakimś czasie zauważając pewne drobne szczegóły, zacząć dostrzegać jego ''dobry smak''.

Z pewnością nie jest to typowy j-horror. Jak wspomniałem, widać duże podobieństwo do dzieł Argento czy Raimi, ale nie uważam, aby był to wielki minus dla samego filmu. Wprawne oko widza oczywiście rozpozna te inspiracje podczas seansu, ale jednak reżyser Toshiharu Ikeda dodał tu także wiele od siebie.
Podobnie jak w niechlubnej serii Guinea Pig, jedni film uwielbiają, inni go nienawidzą.
Czy film sam w sobie jest straszny? Problem w tym, że zależy kto jaki typ horroru preferuje. Fani ostrego hardcore będą zachwyceni, natomiast miłośnicy tradycyjnego j-horroru z pewnością będą kręcili nosem.

Jednak nie należy przechodzić obok tego filmu obojętnie. Niektóre sceny są naprawdę godne uwagi i zrobione bardzo wzorowo, jak chociażby ta, kiedy jedna z bohaterek zostaje przywiązana i kiedy Nami otwiera drzwi pomieszczenia, w którym jej koleżanka się znajduje, uruchamia tym samym naciągniętą kuszę...Kobiecie udaje się uniknąć śmierci, jednak kiedy Nami podchodzi z byt blisko po raz kolejny uruchamia ukrytą pułapkę i tym razem mamy okazję podziwiać uderzenie toporem w głowę oraz litry krwi, którymi zalewa się nieszczęsna kobieta. Wygląda to naprawdę bardzo graficznie.

Niestety zawiodła mnie nieco końcówka filmu, bo jak się okazało, mieliśmy tu do czynienia z tzw. potworniakiem, co mnie trochę rozczarowało, ale w sumie nie wypadło to też najgorzej.

Dużym plusem jest tu znakomita muzyka, której słucha się naprawdę znakomicie. Raj dla uszu...

To klasyczny slash-gore lat 80-tych rodem z Japonii. Dla fanów tego typu dzieł - seans obowiązkowy!



PS. Tym razem linków brak, gdyż film jest trudno dostępny. Z podziękowaniami dla Lucasa za udostępnienie recenzji.
25.06.2009 o godz. 11:25
"Są dobre i złe uprowadzenia. Z dobrym uprowadzeniem masz do czynienia wtedy, gdy porywasz dzieciaka, a gdy jest już po wszystkim, zwracasz go całego i zdrowego rodzicom."
Ten słynny cytat pojawił się w Panu Zemście, pierwszym filmie z nagradzanej "Trylogii Zemsty" Park Chan-wooka, jako komentarz do akcji, która poszła niezupełnie zgodnie z planem.



Te same słowa powracają w Pani Zemście, najnowszym filmie "Trylogii". I o ile już za pierwszym razem zwiastowały coś niedobrego, to teraz prowadzą do jeszcze większej tragedii, śmierci i słusznego gniewu.
Oto historia Lee Geum-ja, pięknej i śmiertelnie niebezpiecznej młodej kobiety, na poły anioła i demona, równie spokojnej, co pełnej furii.
Uczęszczając jeszcze do liceum, Geum-ja stanęła przed problemem niechcianej ciąży i zwróciła się o pomoc do człowieka najgorszego z możliwych. Zapewnił jej dach nad głową i jedzenie, lecz w zamian zażądał więcej, niż mogła się spodziewać. Gdy było po wszystkim, Geum-ja została skazana na 13 lat więzienia za morderstwo na małym chłopcu, zaś jej córka została adoptowana przez obcych ludzi.
Dekada spędzona w więzieniu nie poszła jednak na marne. Za sprawą morderstwa tego chłopca kryło się o wiele więcej, niżby wskazywało zachowanie Geum-ja, a z całą pewnością więcej, niż wiedziała policja. Te 13 lat upłynęło jej na planowaniu zemsty za to, przez co musiała przejść - zawieraniu sojuszy z współwięźniami i konstruowaniu misternej intrygi.
Świeżo po wyjściu z więzienia, przepełniona chęcią zemsty, Geum-ja zatrudnia się w piekarni i zaczyna wprowadzać w życie swój złożony plan. Kobiety, z którymi siedziała w więzieniu, także zostały z niego zwolnione, a każda z nich ma do odegrania ważną rolę. Wszystko toczy się właściwym torem, a Geum-ja jest gotowa, by zrealizować swoje zamierzenia, gdy nagle odnajduje swoją straconą przed laty córkę.
"Każdy popełnia błędy. Jednak gdy grzeszysz, musisz za to odpokutować.

20.06.2009 o godz. 20:28
Przyswajając sobie filmową grozę od wczesnych lat młodości, oglądałam naprawdę różnego rodzaju dziwactwa i dziś mogłabym powiedzieć, że w świecie filmowym (a zwłaszcza w świecie horroru) już chyba nic nie jest mnie w stanie zaskoczyć. O filmie Red Room słyszałam już długo, długo nim sam film zdobyłam. Wszystko to za sprawą moich znajomych z kręgu ''azjatyckich maniaków filmowych''. Wiedziałam, że jest taki i owaki, i że nie każdemu do gustu przypadnie, gdyż posiada wiele scen obrzydliwych, etc... Oglądało się już niejedno, tak więc byłam pewna, że przebrnę luzacko i przez ten film.
Przyznam, że to naprawdę mocna rzecz.




Film przedstawia nam czterech miłośników gore: trzy kobiety i mężczyznę, którzy zamknięci w pokoju, którego ściany są koloru czerwonego postanawiają zagrać w dość nietypową grę. Mianowicie chodzi o to, że za pomocą kart typują kolejne osoby ze swojego grona i te następnie są poddawane najróżniejszym torturom. Całość jest obserwowana przez tajemniczego osobnika za pośrednictwem telewizora, który dla zwycięzcy ma nagrodę.

Oglądałam całą serię Guinea Pig, której owszem - niektóre części robiły wrażenie, ale oglądało się to wszystko z jakimś zaciekawieniem, oglądało się wiele obrzydliwych i koszmarnych horrorów zachodnich i z reguły szybko się o nich zapominało. Gdy w moje ręce wpadł w końcu Red Room jakoś od samego początku nie mogłam się do filmu przemóc, bo owszem - lubię sceny gore, ale zrobione ''ze smakiem'' (jeśli tak to można ująć). Tu od razu wiedziałam, że do tego ''smaku'' będzie daleko. Przyszedł jednak czas, że w końcu wrzuciłam płytę do odtwarzacza i zagłębiłam się w seans i dziwaczną grę bohaterów.
Red Room to totalna deprawacja. Można krótko określić tą produkcję - to jest chore i po takim seansie śmiało można się wybrać do psychologa. Nie wiem dla jakiego typu odbiorców reżyser Daisuke Yamanouchi nakręcił ten film, ale to chyba mnie nawet nie bardzo interesuje i nie zamierzam się w to zagłębiać.

Od razu rzuca się w oczy, że budżetem tu nikt nie grzeszył. Całość ogranicza się tylko do małego pokoiku, w którym przesiadują bohaterowie i zabawiają się w torturowanie swoich towarzyszy zabawy. Także sam obraz daje wiele do życzenia. Jest nieostry, momentami jakby nieco rozmazany...Mi to jednak nie przeszkadzało, bo i tak nie bardzo miałam się na czym skupić.

Chyba dobrze, że całość trwa jedynie 68 minut, bo dłuższego seansu chyba bym nie uradziła, oglądając wymyślne tortury, jakimi raczą się kobiety i ich jeden ''rodzynek''.
Do tychże tortur należą sadystyczne zabawy na jednym z uczestników, poniżane seksualne, etc. Niektóre sceny mogą się wydawać nawet zabawne. Na przykład scena, w której całują się dwie kobiety - w sumie nic w tym nadzwyczajnego, ale dźwięki jakie przy tym wydają nie brzmią niestety jak pocałunek, ale bardziej jak ssanie...hm...no właśnie, tu może interpretację tego dźwięku pozostawię innym. Niech każdy po swojemu to zinterpretuje.
Dość ciekawym aspektem w filmie jest ukazanie relacji pomiędzy bohaterami, a bardziej ich charakterów. Kobiety, o delikatnej urodzie, okazują się naprawdę totalnymi potworami o skłonnościach iście ''Batorowych'' (od Elżbiety Batory rzecz jasna). Natomiast mężczyzna, który z początku wydawał się odważnym twardzielem, w późniejszym czasie okazuje się uległym mięczakiem, najbardziej przegranym. Tu należy się plus dla Yamanouchi'ego, gdyż złamał dotychczas ustalone konwencje, czyli ukazanie mężczyzny jako niezrównanego ''hard man'a''.

Początkowo bohaterowie stosują wobec siebie jedynie dręczenie psychiczne. Masako szantażuje Kanako, że zabije siebie oraz jego dzieci. Jednak w miarę upływu czasu ich kary zaczynają być coraz bardziej drastyczne i brutalne. Niektóre sceny mogą wręcz odpychać i chyba nie bez przyczyny Daisuke Yamanouchi porównywany jest niekiedy do znakomitego Takashi Miike właśnie za sprawą brutalizmu, jaki w swoich produkcjach umieszcza.

Film jednak nie wymaga od nas jakiegoś skupienia czy szczególnej uwagi. Jest dość prosty w swoim odbiorze i nie musimy się zbyt wiele wysilać, aby zrozumieć cokolwiek.
Dużym minusem jak dla mnie z uwagi na brutalność filmu to fakt, że nie ma tu zbyt dużej ilości czerwonej farby, jakiej można by się było spodziewać po tego typu produkcji.
Jeżeli komuś podobały się filmy pokroju Ichi The Killer, Visitor Q czy Stacy: Attack of the Schoolgirl Zombies, to z pewnością i ten film przykuje uwagę.
16.06.2009 o godz. 07:19
Czy zdarzyło się Wam, że po obejrzeniu trzeciej części filmu staliście się zagorzałymi maniakami całej serii? Mi tak, a sprawcą tego wszystkiego była właśnie trzecia odsłona jakże brutalnego tajskiego Art of the Devil.
Pierwsza część była ciekawa, ale jakoś niemrawa z jednej strony, druga wyszła już dużo lepiej za sprawą ciekawej fabuły oraz dużej ilości scen gore, których nie ukrywam - jestem fanem. Film Ronina Team'a przebił jednak dwa poprzednie filmy i wytrząsnął chyba maximum extreme, jakie można znaleźć w kinie.




Tym razem jest to historia Panor, uwodzicielskiej nauczycielki z małej wioski, która przez swą urodę staje się obiektem pożądania wielu mężczyzn. Po serii zdarzeń Panor zmuszona jest do morderstwa, skutkiem czego będzie opętanie jej przez potężnego demona.

Po raz kolejny, jak to miało miejsce także w dwóch poprzednich częściach dane nam będzie zapoznać się z tajnikami czarnej magii, która w filmie jest głównym motywem przewodnim. Ktoś, kto oglądał już poprzedniczki ''Sztuki Diabła'' może będzie rozczarowany, że seria wciąż ciągnie ten sam utarty zdawać by się mogło wątek, ale nic z tych rzeczy.
Owszem, czarnej magii i tajemnych obrzędów magicznych mamy tu wiele, ale w tej części granice okrucieństwa chyba zostały przekroczone jeśli chodzi o tajskie kino.
Seria Art of the Devil łączy jakoby azjatycką grozę z makabrycznym gore zaczerpniętym z Zachodu. Nie wiem czy słuszne moje porównanie, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tak właśnie jest.
Oficjalnie trzecia część jest prequelem części drugiej, natomiast obie nie mają żadnego związku z częścią pierwszą. Zresztą to, że jest to kontynuacja dzieła, którego współreżyserem był także Team (wraz z Kongkiat Khomsiri, Putipong Saisikaew, Isara Nadee oraz jeszcze kilkoma innymi osobistościami) może świadczyć sam tytuł - Long Khong - Long Khong 2. No i dodatkowo fabuła, w której znajdziemy powiązanie z filmem z 2005 roku.

Film zasadniczo daje dogłębne spojrzenie w przeszłość. Cofa się do incydentów, w których uczestniczyła Panor. Nie będę się teraz wracał do opisu fabuły części drugiej, chętnych odsyłam do recenzji. Ale bez wątpienia trzecia część, to jakby jedna wielka retrospekcja w powiązaniu z Art of the Devil 2.

Od razu zaznaczę, że film jest nasycony ogromną ilością drastycznych scen, które nie każdy będzie w stanie oglądać. Ostra jatka zaczyna się już w początkowej scenie, kiedy to Panor zabija po kolei każdego z członków pewnej rodziny. Jak na tak piękną kobietę o delikatnej urodzie, jest ona nad wyraz wyrachowana oraz okrutna...to oczywiście nic nowego...wszak piękna Asami Yamazaki z filmu Ôdishon od mistrza Miike także odznaczyła swój ślad w azjatyckim kinie, jako biedna kobieta ''po przejściach'', której delikatność dawała wiele do życzenia.

Dla wielu sceny gore, jakie serwuje nam Team z pewnością będą nie do przejścia. Niejednokrotnie obrzydliwe tortury, mnóstwo robactwa, czyli nic miłego, a dla niektórych wręcz przeciwnie.
Jednak dreszczyku emocji zapewniają nam nie tylko krwawe i brutalne sceny. Oprócz nich mamy też potężną dawkę obrazów z obrzędów magicznych i te robią naprawdę wrażenie. Potrafią przerazić nie raz. Dodatkowo niepokój wzrasta poprzez niepokojące dźwięki, jakie pojawiają się właśnie w powyższych scenach.

Dużym plusem jest aktorka, która wcieliła się w rolę Panor - Napakapapa Nakaprasit. Kobieta ta posiada w sobie niesamowity potencjał przez co postać przez nią odgrywana nabrała niemal realnego charakteru i niejednokrotnie kiedy Panor się pojawiała na ekranie, autentycznie człowiek czuł zagrożenie. Niesamowite!

Jeżeli podobały się Wam poprzednie części ''Sztuki Diabła'', a zwłaszcza druga odsłona tej niesamowitej serii, to koniecznie musicie zgłębić po raz kolejny tajniki czarnej magii oraz tajskich obrzędów. Jeżeli nie przerażały Was okrutne sceny tortur oraz makabrycznych scen gore, to także chwytajcie za ten tytuł, bo naprawdę warto.



Z podziękowaniami dla Lucasa

PS. Już wróciłam, bo szkoda życia na smutki :)
06.06.2009 o godz. 08:11
Po dużym sukcesie filmu Uzumaki w roku 2000 wydawało się nieuniknione, że reżyser - Higuchinsky po raz kolejny postanowi stworzyć dzieło w oparciu o mangę Junji Ito. I tak też się stało. Jeszcze w tym samym roku powstał krótki, bo zaledwie godzinny film wyprodukowany dla telewizji. Mowa oczywiście o Nagai yume.



Do pewnej placówki psychiatrycznej trafia pacjent cierpiący na… długi sen. Choroba ta objawia się tym, że człowiekowi śni się, że śpi nawet po kilka lat. W momencie, gdy chory przybywa do kliniki jego sny trwają już po kilka miesięcy. Na początku lekarze myśleli, że pacjent cierpi tylko na urojenia, lub tak zwaną paranoję senną, jednak z czasem jego ciało zaczęło się zmieniać, zupełnie jakby próbowało dostosować się do życia w innym wymiarze. Powiększona głowa, wydłużone palce u rąk i nóg, wybałuszone oczy. Medycy robili wszystko, aby pomóc cierpiącemu, ale niestety ten zapadł w sen wieczny i zwyczajnie się zdematerializował – dosłownie rozpuścił w powietrzu. Przypadek ten niestety nie był odosobniony. Był to dopiero początek rozpoczynającej się fali długiego snu.

Long Dream podobnie jak Uzumaki zbudowany jest na luźnej konwencji. Mamy tu połączenie dziwnej grozy, odrobinę surrealizmu, w którą wplątana jest nutka humoru.
Pomimo tego, że reżyser dysponował skromnym budżetem, przyznaję bez ogródek, że dokonał rzeczy nadzwyczajnej. Film jest bardzo prosty, wręcz skromny: muzyki tu niewiele (prawie w ogóle), efekty specjalne bardziej śmieszą niż cokolwiek innego, a już z całą pewnością nie straszą. No i ogólnie cała długość filmu - 58 minut. Cóż można przedstawić w tak krótkim czasie.
Jak się okazuje można pokazać dużo i bardzo efektownie.

Film emanuje dziwną, stylową atmosferą, która towarzyszyła nam także podczas oglądania wcześniejszego Uzumaki.
Dużym plusem jest jak dla mnie cały make-up, który jak wspomniałam śmieszy. I dobrze. Można stwierdzić krótko - jest tanio i wesoło.

Z drugiej strony okazuje się, że nie jest ważny tak naprawdę wygląd bohaterów czy efekty specjalne, ale przesłanie i interpretacja dzieła, jakie stworzył niezawodny Junji Ito.
Świat tu przedstawiony jest dziki i dziwny. Trudno niekiedy się połapać o co chodzi. Także bohaterowie wydają się ludźmi nieco odmiennymi od tych, jakich mamy okazję spotykać na co dzień.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to przyznaję, że wypada dobrze. Chociaż tak naprawdę krótkość filmu nie jest w stanie pokazać umiejętności wszystkich, to jednak są postaci, które od razu zwracają na siebie uwagę, jak na przykład młoda dziewczyna Takeshima Mami.

Long Dream jest filmem na swój sposób fascynującym. Stawia nam szereg pytań, na które zdaje się nie jesteśmy w stanie sobie odpowiedzieć: czym jest sen i jaki ma właściwie wpływ na życie człowieka? Co by się stało i czy jest możliwe, aby po obudzeniu się by się okazało, że minęły ''wieki'', a w rzeczywistości taki sen trwał zaledwie pół godziny...etc...

Long Dream jest wspaniały. Krótki, bardzo zabawny, dobry pod względem tempa. Higuchinsky po raz kolejny udowodnił, że nie mając zbyt wiele w kieszeni, można zrobić naprawdę interesujący film. Za to cześć mu i chwała.

31.05.2009 o godz. 11:00
Japońskie kino fantasy nie często trafia do moich rąk, stąd też byłam bardzo ciekawa tej produkcji, kiedy okazyjnie Ashura wpadł mi w ręce. Jako fanka świata fantasy, gratka to była dla mnie nie mała, gdyż oto chyba po raz pierwszy zetknęłam się z typowym fantasy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Zawsze, od wczesnych lat młodości ''faszerowałam'' się filmami zachodnimi, gdzie prym wiedli tacy bohaterowie jak: Conan, Willow czy Czerwona Sonia.



Dziewiętnastowieczna Japonia. Czas wielkiej wojny ludzi z demonami.
Izumo - aktor będący dawniej pogromcą demonów zakochuje się w pięknej Tsubaki. Wkrótce na ciele dziewczyny zaczynają pojawiać się tajemnicze znaki. Izumo obawia się najgorszego...
W tym samym czasie kraj obiega wieść, iż wkrótce powstanie z martwych królowa demonów Ashura, by zniszczyć całą ludzkość.

Film potrafi zniewolić. Piękny świat fantasy, z całymi hordami demonów, które pragną zniszczyć ludzkość, złe królowe, dużo walki białą bronią, efektowne i popisowe sceny...to kocha każdy miłośnik fantasy.
Nie najgorzej wychodzi to także Japończykom. Film ma wiele znakomitych scen, które na długo, długo zapadną nam w pamięci. Jedną z najlepszych jak dla mnie jest ta, kiedy Izumo walczy z demonami, nadchodzącymi praktycznie ze wszystkich stron. To robi powalające wrażenie.

Na uwagę zasługują także same efekty specjalne, które widać zrobione zostały z rozmachem, ale z drugiej strony nie rażą zbytnią sztucznością i nadają niezłego smaczku całej produkcji.

Także na wysokim poziomie stoi sama scenografia oraz charakteryzacja. Bohaterowie wyglądają przecudnie w swoich szatach...zresztą - mało który film azjatycki, zwłaszcza historyczny - nie zachwycił strojami i kolorystyką.

Fabularnie film wypada ciekawie i ogląda się go w pełnym skupieniu. Jednak niestety minusem jest jego długość, co może być uciążliwe po jakimś czasie. Oglądanie przez 2 godziny ciągłej walki z demonami oraz knucia złej królowej może nieco znudzić.
Mimo wszystko, jak na kino fantasy Ashura prezentuje się całkiem nieźle i z pewnością jest to film, który przykuje uwagę nie tylko miłośników kina fantasy ale także każdego fana kina azjatyckiego.

Aktorzy, którzy zagrali główne role zostali obdarzeni nagrodami: Erika Sawajiri (Yachi) zdobyła nagrodę w kategorii ''Najlepsza Nowa Aktorka'' na Festiwalu Kinema Jumpo i ''Najlepszy Nowy Talent'' na Festiwalu Yokohama. Somegoro Ichikawa (Izumo) zdobył nagrody w kategoriach ''Najlepszy Aktor'' na Festiwalu Hochi Film i Nikkan Sports Film.

Jako ciekawostkę podam, że motyw przewodni filmu wykonany został przez znakomitego angielskiego wokalistę - Stinga.

25.05.2009 o godz. 11:14
Hausu jest filmem dziwacznym. Rzadko kiedy się zdarza, aby w moje ręce wpadła tego typu produkcja. Gdyby recenzję napisać w prosty sposób, bez wyraźnych ambicji, napisałabym krótko: filmowi brak kreatywności, za dużo surrealizmu i wszechobecnej nudy, która po dłuższym czasie staje się uciążliwa. Jednak byłaby to wówczas recenzja niesłuszna.
Owszem, film jest surrealistyczny do granic możliwości, co z pewnością nie każdemu się spodoba, ale jakże to oryginalna produkcja na tle wielu innych japońskich filmów z końca lat 70-tych.




Szóstka dziewcząt przybywa do odludnie położonego domu w odwiedziny do ciotki jednej z nich. Na początku wszystko wygląda normalnie i dziewczęta nieźle się bawią w wielkim, opustoszałym domostwie. Jednak to tylko zapowiedź przed dziwacznymi i tragicznymi wydarzeniami, jakie mają nadejść.
Uczennice nie podejrzewają bowiem, że niezwykle sympatyczna pani u której pozostają w gościnie jest tak naprawdę duchem. Aby istnieć na tym świecie, musi się posilać ciałami młodych dziewcząt.

Nie będę ukrywać, że pomimo iż film wywołał u mnie ogromne zaskoczenie i raz po raz zadawałam sobie pytanie z jakim gatunkiem filmowym mam tu właściwie do czynienia, to jednak jego oglądanie sprawiało mi niemałą radość.
Obok scen przepełnionych grozą i elementami gore, mamy tu także walki kung-fu, odrobinę komedii czy nawet elementy animacji rodem z dawnych kreskówek Disney'a.

Film jest wręcz przepełniony absurdem. Co niektórzy wspominają, że jest to swoisty eksperyment reżysera, który specjalnie połączył wiele gatunków w jedną całość, czego efektem jest Hausu. Czy wypada to źle? Teoretycznie można założyć, że film ogląda się dość przyjemnie i rozrywki z pewnością dostarczy, ale jest jeden warunek: widz, który będzie film oglądał, musi być nastawiony na niewyobrażalną dawkę kiczu i tandety, jaką karmi nas produkcja Obayashi'ego.

Wspomniałam o absurdzie? Tak, w filmie przejawia się on na każdym niemalże kroku: od zachowań bohaterek, po wydarzenia, jakie dane nam będzie oglądać. Dialogi także nie są zbyt wybitne i jedynie dopełniają głupkowate zachowanie dziewczyn.

Jak na horror przystało, mamy tu także dużą ilość zgonów i gore, ale oglądając te sceny nie bardzo wiedziałam czy mam się śmiać czy też może płakać...są absurdalne...jak cały film zresztą, który można nazwać jednym wielkim ABSURDEM.
Moment, kiedy fortepian pożera jedną z dziewczyn daje nam wyobrażenie kiepskiej lub też baaardzo starej kreskówki lub też pierwszych gier wideo, jakie dawno temu się ukazały.

Naprawdę rozmaitości w filmie od wyboru do koloru i zawsze jeszcze znajdzie się coś, co nas zaskoczy.

Pomimo swojej kiczowatości, powiem szczerze, że bawiłam się całkiem nieźle i mam nadzieję, że Wy również podejdziecie do tego ''dzieła'' z lekkim przymrużeniem oka.



PS. Tym oto dziwacznym filmem kończę dzisiejszy wpis. Teraz mykam na Komunię do chrześnicy. Miłej niedzieli BloBlowicze :)
17.05.2009 o godz. 09:41
Shinya Tsukamoto potrafi zrobić piorunujący film. Każda jego produkcja, z którą miałam do czynienia (a było tego już nie mało), zawsze robiła powalające wrażenie. Zresztą reżyser ten jest chyba znany każdemu miłośnikowi japońskiej kinematografii. Odkąd w 1989 roku świat poznał jego niesamowity film - Tetsuo, jego każde kolejne dzieła są wyszukiwane i wręcz rozchwytywane przez miliony fanów.



Keiko Kirishima, młoda policjantka zostaje przydzielona do zespołu śledczego, którego celem jest rozwiązanie serii samobójstw. Co ciekawe, wszystkich samobójców łączyło jedno - numer telefonu, na jaki każdy z nich zadzwonił tuż przed swoją śmiercią. Numer ten podpisany był jako ''0''. Keiko postanawia za wszelką cenę rozwikłać tę zagadkę i w tym celu zwraca się o pomoc do mężczyzny, który posiada dar wnikania w ludzkie sny, a dokładniej koszmary.

Jest to dość intrygująca opowieść. Wprawdzie pomysł wnikania do cudzych snów nie jest nowy, gdyż można by tu chociaż przytoczyć kultowy już horror Wesa Cravena, zatytułowany Nightmare on Elm Street, gdzie to seryjny morderca - Freddy Krueger, wnika w sny dzieci, aby w brutalny sposób z zemsty pozbawić je życia. Tak więc zachodni widz nie będzie zaskoczony.
Jednak trzeba zauważyć, że sama fabuła filmu nie jest podobna do dzieła Cravena. Jest tu zupełnie inny motyw przewodni.
Film ukazuje nam raczej ciemną stronę ludzkiej osobowości, którą każdy posiada. Nawet jeżeli jest to dla nas odległa przeszłość, to Nightmare Detective pokazuje, że wspomnienia tego, co złe i haniebne tak czy siak w pewnym momencie do nas powróci. Człowiek musi jednak się temu przeciwstawić, musi być na tyle silny, aby stawić czoła przeszłości.

Jak to z reguły bywa przy każdym dziele Tsukamoto, tak i tu nie możemy uciec od przygnębienia, jakie w filmie panuje. Pojawia się problematyka natury egzystencjalnej, która dominuje w całej tej produkcji. Z tym problemem zmaga się nasz bohater, który - mimo iż posiada wielki dar - wcale go nie chce. Jest on człowiekiem zrezygnowanym, który nie potrafi się cieszyć życiem. Ma zresztą za sobą kilka nieudanych prób samobójczych. Pojawia się kilka scen retrospekcyjnych, gdzie widzimy iż źródło tego stanu leży bez wątpienia w dzieciństwie.

Ciekawym aspektem filmu jest jego obsada. Oprócz samego Tsukamoto, który wcielił się w postać tajemniczego ''0'', zobaczymy także znaną japońską piosenkarkę popową - Hitomi, która zagrała tu panią policjantkę. Trzeba przyznać, że aktorstwo stoi na poziomie. Reżyser już nie raz udowodnił, że ma talent aktorski i także w tym filmie udało mu się po raz kolejny tego dowieźć. Znakomicie wypada on w rolach, gdzie bohaterowie przez niego odtwarzani charakteryzują się chaotycznością, zwichrowanym umysłem, niestabilnością emocjonalną. Shinya Tsukamoto radzi sobie na tym gruncie znakomicie.

Nightmare Detective to bardzo dobry slasher. Efekty specjalne są godne uwagi, a sceny, gdy na ekranie pojawia się krew, wyglądają realistycznie i robią pozytywne wrażenie. Oczywiście mam tu na myśli sceny, kiedy poszczególni bohaterowie popełniają samobójstwo. Jest krwawo.

Film jak najbardziej warto zobaczyć. Z pewnością Shinya Tsukamoto otworzy nam oczy na kilka nowych kierunków we współczesnym kinie grozy.

07.05.2009 o godz. 10:51
Aż dziw bierze, że film ten powstał dzięki pracy dwóch młodych i nikomu dotychczas nieznanych filmowców (obaj nie mieli ukończonych 25 lat). Dzieło to jest tak niesamowite i tak niemal profesjonalnie zrobione, że już krótko po swojej światowej premierze, która odbyła się we wrześniu 2004 roku, stał się on ikoną tajskiego kina grozy.



Młody fotograf Tun wraca ze swoją dziewczyną samochodem po wspólnym wieczorze spędzonym z przyjaciółmi. W pewnej chwili samochód uderza w dziewczynę, która nagle pojawiła się na drodze. Jane, dziewczyna Tun'a chce zgłosić incydent policji, jednak jako że oboje pili alkohol postanawiają uciec z miejsca wypadku.
Mija kilka dni. Tun podczas wywoływania zdjęć zauważa na nich jakiś cień, którego początkowo nie może zidentyfikować. Po wnikliwej analizie oboje z Jane dochodzą do wniosku, że jest to twarz dziewczyny, którą potrącili owej feralnej nocy.
Jakiś czas potem przyjaciele Tun'a zaczynają ginąć w dziwnych okolicznościach.

Po powyższym opisie można przypuszczać, że oto powstał kolejny Ringo-podobny twór. Po raz kolejny pojawia się motyw długowłosej dziewczyny, która nawiedza swoich oprawców, po raz kolejny udział ''biorą'' sprzęty elektroniczne (w tym wypadku jest to aparat fotograficzny). Wcześniej były to już telewizory, telefony komórkowe czy kasety wideo.
Ok, ale teraz można zadać pytanie, czy oglądając po raz setny długowłosą zjawę jest ona w stanie wywołać w nas jeszcze strach czy już może ziewanie?
Zapewniam, że Shutter jest dziełem, gdzie ziewać nie powinniśmy. Co jest tego powodem? Przede wszystkim sprawnie rozwijająca się akcja oraz tempo. Całościowo film wypada energicznie, aczkolwiek nie doświadczymy tu akcji pełnej strzelania czy mordobicia. Jednak sceny, gdzie nasza zjawa atakuje bohaterów naprawdę spodobają się każdemu miłośnikowi azjatyckich straszaków i zapewniam, że są niemniej efektowne od tych, jakie dane nam było oglądać w Ju-On (a przynajmniej co niektóre).
Należy zwrócić uwagę na niektóre sceny, które zostały zrobione niesamowicie, jak np. ta, kiedy to Tun zostaje w pustej sali po skończonej sesji zdjęciowej i wtedy flesz od aparatu sam zaczyna błyskać. W każdej kolejnej chwili mamy wrażenie, że do mężczyzny coś się zbliża. Kolejną niesamowitą sceną jest ucieczka bohatera po opustoszałym korytarzu hotelowym oraz po schodach, gdzie non-stop mija to samo piętro. Efekt jest niesamowity...

Ciekawym motywem, jaki został w filmie pokazany, to praca redaktorów, którzy zajmują się publikowaniem zdjęć o tematyce paranormalnej (tu chodzi głównie o zdjęcia duchów). Widzimy, jak łatwo spreparować takie zdjęcie i większość takich fotomontaży zamieszcza się na łamach takich magazynów. Pewnie w rzeczywistości co niektóre magazyny i serwisy internetowe robią to samo, sprzedając zdjęcia i filmy jako najczystsza prawda. ;)
Sama tematyka filmu i aspekt ''uchwycenia'' ducha na kliszy filmowej nie jest niczym nowym, gdyż nie od dziś wiadomo, że tego typu eksperymenty były przeprowadzane już w XIX wieku i niektóre z uzyskanych wówczas efektów były zadowalające.

Kolejną problematyką, na jaką natrafiamy podczas oglądania Shutter, to podłość ludzka. Tun - wydawać by się mogło miły, spokojny i przyjazny młody mężczyzna, okazuje się tak naprawdę bezdusznym i zadufanym współmordercą, który przez wiele lat skrywał w sobie potworną zbrodnię, której był świadkiem i po części przyczynił się do śmierci dziewczyny, którą w gruncie rzeczy wykorzystał.

Natrafiłam na opinię, że film jest nudny i nie wszystkim przypadł do gustu. Wiadomo, film jest filmem i różnym ludziom podoba się co innego, ale dla mnie dowodem, który przemawia za ''wielkością'' tej produkcji to fakt, że spodobał się on moim znajomym - zagorzałym przeciwnikom azjatyckich horrorów. To była miła niespodzianka.

29.04.2009 o godz. 20:00
''Wspaniały rozrywkowy śmieć''. Na taką opinię natrafiłam, gdy przeglądałam opisy tego filmu. Ale...jeżeli coś jest rozrywkowe i do tego wspaniałe, to jak może być śmieciem? Ok, czepiam się, ale powiem od razu, że z filmem wiązałam duże nadzieje, a tu...produkcja przerosła moje oczekiwania! Jest miło i przyjemnie, nawet bardzo. Mamy dużo krwi...bardzo dużo. Mamy strzelanie...dużo strzelania. Mamy mordobicie...dużo mordobicia...



Fabuła jest prosta w odbiorze - zwykła nastolatka po śmierci rodziców opiekuje się swoim młodszym bratem, który jednak popada w konflikt z synem szefa Yakuzy. W rezultacie zostaje on zamordowany wraz ze swoim przyjacielem. Dziewczyna postanawia się zemścić nie tylko na mordercy swojego brata, ale także na całej jego rodzinie. Po dość nieudanym spotkaniu ''poznawczym'', traci ona rękę. W dość nietypowy sposób uzupełnia ten ubytek z myślą o zemście. Wraz z rodzicami zamordowanego kompana brata konstruują karabin maszynowy, który służy naszej bohaterce za utraconą rękę... Tak uzbrojona staje do walki z gangiem Yakuza.

Nie trzeba się domyślić, że będzie krwawa jatka. Tak też się dzieje. Już początkowe sceny nie szczędzą nam obfitych ilości czerwonej farby, która tryska na lewo i prawo. Jeszcze podczas napisów rozpoczynających film, wiedziałam, że zabawa będzie przednia i się nie pomyliłam.
Film nie daje nam odetchnąć: mamy tu kilka niezłych scen akcji, wprawdzie sceny walk wręcz wypadają dość sztucznie, to jednak ogląda się je z nie mniejszą przyjemnością, niż te, kiedy to nasz waleczna bohaterka kroi, sieka, bije, rozczłonkowuje - i co tylko tam jeszcze można - swoich wrogów.
Ciekawe, że spokojna i niczym nie wyróżniająca się dziewczyna przeistacza się w prawdziwą maszynę do zabijania, którą kieruje potężne narzędzie destrukcji - zemsta.
''Jestem demonem i nim pozostanę, dopóki nie pomszczę śmierci brata.'' - tak mniej więcej brzmią słowa Ami, kiedy rozpoczyna swój plan. Trzeba przyznać, że faktycznie do demona niewiele jej brakuje. Nie ma ona żadnych zahamowań i nie cofnie się przed niczym. Wydaje się, że przeszkody, jakie stają jej na drodze nie są w stanie jej powstrzymać. Jej siła nie słabnie nawet wtedy, kiedy traci rękę. Można powiedzieć, że chyba jej gniew wzrasta jeszcze bardziej.
Oczywiście film nie ustrzegł się odrobiny absurdu. Niektóre sceny właśnie takie są, ale czy to przeszkadza? Mi w ogóle.
Sama postać bohaterki jest postacią ciekawą. Od razu wzbudziła ona moją sympatię i kibicowałam jej od samego początku.

Film posiada także akcenty humorystyczne, które uatrakcyjniają nam brutalne sceny. Naprawdę niektóre są zabawne. Zresztą produkcja ta w całości od początku do końca zrobiona jest w klimacie grozy w połączeniu z czarną komedią. Dodajmy do tego elementy akcji i mamy niezły miszmasz.

Jeżeli ktoś preferuje takie kino, to The Machine Girl będzie miłym spędzeniem czasu w nudny wieczór. Jeżeli natomiast ktoś oczekuje po tej produkcji nie wiadomo czego (super efektów specjalnych, etc, etc...), to lepiej niech sobie film daruje, bo jak czytam opinie w stylu, że film jest ''porąbany'' czy inne brednie, to słabo mi się robi. Ale ok, każdy ma swój gust, a trzymając się tradycyjnego łacińskiego przysłowia, to niech będzie - De gustibus non est disputandum.

24.04.2009 o godz. 18:41
Masumura Yasuzo jest jednym z najmniej docenianych japońskich reżyserów. Dotyczy to głównie zachodnich odbiorców. W swoich filmach, a ma ich na swoim koncie około 60, odsłania swoje filozofie.



Blind Beast to historia młodego, niewidomego rzeźbiarza, który pragnie wykorzystać do uprawiania swojej sztuki dość niekonwencjonalne metody. Film ukazuje zadziwiającą lawinę ludzkich emocji, instynktu i deprawacji.

Film został nakręcony w oparciu o opowieść Edogawa Rampo, którego historie były swoistym hołdem dla Edgara Allen'a Poe. Opowiadania Rampo z reguły dotyczą ciemniejszej strony ludzkiej natury, a Blind Beast nie jest wyjątkiem.
Jest to podróż do wypaczonego umysłu rzeźbiarza, który jako zadośćuczynienie za swoje kalectwo, postanawia ''ujrzeć'' swój obiekt zainteresowania innymi zmysłami.

Trzeba przyznać, że film jest dość dojrzały, jeżeli chodzi o treść. Przerażenie, którego doświadczamy nie polega tu na makabrycznych obrazach, ale raczej na świadomości, do czego zdolny jest człowiek.
Z drugiej strony nie można oprzeć się wrażeniu, że cały świat jest zdeprawowany, a człowiek doświadcza przyjemności jedynie poprzez dotyk. Rzeźbiarz dotyka swoich dzieł, lecz nie widząc nigdy efektu swojej pracy, oczami wyobraźni próbuje sobie jakoś to ''urozmaicić''.
Początkowo film wyda się nam nużący, lecz nie zniechęcajmy się, bowiem sądzę, że warto od czasu do czasu podjąć próbę zgłębienia mrocznych wytworów ludzkiej wyobraźni.
Myślę, że właśnie dlatego warto ten film obejrzeć, gdzie oprócz dawki napięcia, doznamy także lekkiego erotyzmu.



Z podziękowaniem dla Lucasa
07.04.2009 o godz. 11:32
Japończycy już nie raz udowodnili, że potrafią sprawnie połączyć humor z makabryczną grozą. Stacy, jest kolejnym tytułem, który nas zarówno przerazi lub może bardziej obrzydzi oraz rozbawi.
Jeszcze przed seansem filmu, dużo o nim słyszałam i czytałam. Opinie nie były zbyt pochlebne, a to dlatego pewnie, że większość widzów spodziewała się mega wyczesanego horroru, jak to na Kraj Kwitnącej Wiśni przystało. Wiedziałam, że film nie jest pozbawiony humoru i z takim też nastawieniem do niego zasiadłam.




Akcja filmu rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, w której na skutek eksperymentów szalonego naukowca powstaje wirus, który zaraża młode dziewczęta. Zarażenie powoduje iż stają się one zombie. Dotyka to dziewcząt w wieku od 15 do 17 lat. Aby unicestwić takiego ''potwora'' należy rozczłonkować ciało na 165 kawałków.

Jak wspomniałam, opinie na temat filmu w większości były negatywne. Jedynie jeżeli chodzi o efekty specjalne, to te jeszcze dawały radę wśród większości widzów. Jednak niewzruszona zasiadłam do seansu i od razu wyczułam, że pomimo tych wszystkich głosów krytyki, znajdę tu coś ciekawego.
Jeżeli chodzi o efekty specjalne, to może nie powalą nas na kolana, ale z drugiej strony właśnie one mi się podobały bardzo. Nie trudno zauważyć, że kilka technik zostało zapożyczonych z innych filmów o tematyce zombie. Najczęściej nasuwał mi się tytuł Evil Dead z Bruce Campbell'em w roli głównej, szczególnie w scenach, gdzie pojawiały się motywy humorystyczne.

Obsada filmu nie będzie nam całkiem obca. Spotykamy tu m.in. Toshinori Omi (Happy People; 1997 czy Twilight Samurai; 2002), Natsuki Kato (Battle Royale 2; 2003), Hotaru Yukijiro, którego znamy chociażby z filmów Cure (1997), Cross Fire (2000). Będziemy mieli także okazję zobaczyć Tsutsui Yasutaka, który wcześniej zagrał w filmach takich jak Gemini (2000) czy Jam Films z roku 2002.

To, co uderzyło mnie najbardziej w tym filmie to wiek dziewcząt, które pomimo swojej młodości, przeistaczały się w krwiożercze i pozbawione skrupułów i jakichkolwiek zahamowań potwory, które siały spustoszenie w całej Japonii.
W rzeczywistości aby dziewczęta unicestwić musiał je zabić ktoś, kto je bardzo mocno kochał.
Pod tym względem Stacy jest filmem dość dziwacznym. Stanowi mieszankę horroru gore, komedii oraz momentami dramatu, który możemy obserwować np. u żołnierzy, którzy mają zabijać napotkane Stacy. Płaczą oni jak małe dzieci, wciąż powtarzając, że ''te dziewczyny chciały być zabite przez kogoś, kto je naprawdę kochał''.

Podsumowując: film Stacy bardzo mnie rozbawił i przyznam śmiało, że bawiłam się całkiem nieźle. Mając na myśli, że film mnie rozbawił, chodzi mi głównie o wątki komediowe w nim zawarte, które nie wymagają od nas jakiś dociekań intelektualnych.
Efekty specjalne może i górnych lotów nie są i niekiedy pojawiają się nawet w tych zabawnych scenach, jednak nie oznacza to, że film mogą oglądać dzieci. Tu raczej bym im odradzała seans, bo pomimo swojej ''amatorskości'' krew oraz różne części ciała walają się od jednej strony ekranu do drugiej.
Mimo to jednak, jest to z pewnością niezwykle zabawny film. Jeżeli ktoś chce się nieco zrelaksować i obejrzeć lekki i zabawny a'la horror gore z młodymi zombie w roli głównej, to polecam właśnie Stacy: Attack of the Schoolgirl Zombies.

04.04.2009 o godz. 10:04
Nakręcony przed 13 laty Krzyk zdążył już przejść do historii gatunku. Doczekał się dwóch kontynuacji (w planach jest trzecia) oraz licznych kultowych nawiązań, choćby w Koszmarze minionego lata czy w parodii Straszny film.



Spokojne kalifornijskie miasteczko Woodsboro. Późny wieczór. Dzwoni telefon. Odbiera młoda dziewczyna Casey. Telefoniczny flirt zmienia się w groźby mordercy...
W miasteczku grasuje seryjny morderca, który zastawia na swoje ofiary sprytne pułapki, korzystając ze swojej wiedzy filmowej. Tak zginęło już dwóch młodych ludzi z klasy Sydney - nastolatki, której matka została zamordowana rok wcześniej.


Wyreżyserowany przez Wesa Cravena (Koszmar z ulicy Wiązów) zdobył widzów w przebojowy sposób, głównie za sprawą scenariusza Kevina Williamsona, który przemoc tonował ironią i czarnym humorem.
Młodzi bohaterowie okazują się być fanami horrorów i thrillerów, często żartując z niepisanego kodeksu gatunku.
Właśnie to czyni Krzyk filmem przyjemnym. Oprócz pełnej napięcia akcji twórcy zapraszają widzów do pełnej zagadek gry, wymagającej znajomości horrorów i thrillerów. No i przestrzegania zasad: nie pij, nie uprawiaj seksu, nigdy nie mów ''zaraz wracam'' ani ''kto tam?''...

To, co najbardziej się w filmie podoba, to intryga, w której zaczynamy podejrzewać wszystkich. Policja zaleca ostrożność, ale młodzież postanawia zorganizować imprezę, na której będą oglądać horrory.
Atutem Krzyku jest młoda obsada: Neve Campbell, Skeet Ulrich, etc...Dla nich właśnie ten film otworzył drogę do hollywoodzkiej kariery.


30.03.2009 o godz. 18:18
Oto film, który nakręcony został w całości w oparciu o miejskie legendy z udziałem nawiedzonego miejsca. Odgrywa tu ono rolę najważniejszą. Cho Kowai Hanashi to pierwszy tytuł serii Extremely Scary Stories, które miały zostać wydane na Zachodzie.
Japoński tytuł wskazuje, że film będzie podobny do innych znanych ghost story z Kraju Kwitnącej Wiśni...coś na wzór Kowai Hanashi czy też Honto ni Atta.




Cała historia jest z pozoru bardzo niewinna i dotyczy pewnego sklepu, w którym zaczyna dochodzić do przerażających zjawisk. Także jego właściciele wydają się ludźmi dość dziwnymi. Miejsce wydaje się przeklęte i nawiedzane przez duchy.

Film, pomimo swoich powiązań z innymi produkcjami grozy jest bardziej wyrazisty. Należy on do produkcji niezbyt długich, gdyż trwa około 80 minut. Jednak ten czas w zupełności wystarczy, abyśmy zagłębili się w przedstawioną historię oraz pomyśleli nad całością, a film tego od nas wymaga.

Plusikiem jest także sama ścieżka dźwiękowa, która buduje nastrój grozy w odpowiednich momentach.
Trzeba przyznać, że reżyser Yoshihiro Hoshino stworzył naprawdę ciekawe ghost story. Zresztą on sam nie ukrywa, że korzystał tu w dużej mierze z pisemnych opowiadań Hirayama Yumeaki. Z reguły opowiadania Yumeaki opierają się albo na autentycznych wydarzeniach albo czerpią z lokalnych legend o czym miałam okazję wspomnieć już przy recenzji Tokyo Psycho.
Wydaje się, że także i w tym wypadku film opiera swoją fabułę na istniejących legendach i miejskich podaniach.
Przyznam, że historia wykazuje swoistą oryginalność w oparciu o inne j-horrory z gatunku ghost story i świetnie się nadaje na wspólny seans z przyjaciółmi. Film wywoła dreszczyk strachu, a być może i niekiedy odrobinę śmiechu.

Cursed jest produkcją, która w ciekawy sposób zapoznaje nas z lokalnymi japońskimi wierzeniami oraz przesądami. Z pewnością dla wyjadacza japońskiej grozy będzie to nie lada atrakcja, jednak bez wątpienia nie może się on równać i w żaden sposób konkurować z pierwowzorami gatunku spod znaku haunted.
Jeżeli uda się Wam znaleźć tą produkcję, to chwytajcie śmiało.

29.03.2009 o godz. 12:11
W życiu pojawia się tak naprawdę niewiele filmów, które w dużym stopniu wywierają wpływ na potencjalnego widza.
Kino, zwłaszcza w czasach obecnych to w dużej mierze tzw. kino stylu zerowego. Filmy należące do tej klasy, to produkcje nastawione tylko na zabawę. Oglądanie takiego filmu ma sprawiać widzowi czystą przyjemność, ma go bawić. Nie ma znaczenia zagłębianie się w teoretyczno-filmowe rozprawy na temat danego dzieła.




W twórczości Davida Lyncha nie mamy do czynienia z tym typem filmu. Oczywiście, że ważne jest, aby dobrze się bawić podczas oglądania. Jednak trudno mówić o czystej rozrywce podczas seansów takich filmów jak 'Blue Velvet' czy 'Miasteczko Twin Peaks'. Reżyser łączy tu zagadkę kryminalną z sensacyjną fabułą. Dodaje nieco okrucieństwa i tajemniczości. Powstaje mieszanka, która zniewala...
Jednym z najbardziej niesamowitych filmów Lyncha jest Mulholland Drive, który zalicza się do tzw. postmodernizmu wysokiego.

Na pierwszy rzut oka film ten przypomina kino sensacyjne z domieszką kryminału.

Młoda, naiwna Betty przyjeżdża do miasta snów, aby zrobić karierę aktorki. Jako stuprocentowa filantropka, dziewczę bez skazy, przygarnia pod swoje skrzydła tajemniczą Ritę, którą odnajduje w opuszczonym mieszkaniu swojej ciotki. Okazuje się, że tamta straciła pamięć, zatem nasza Betty postanawia jej pomóc. W tym samym czasie młody reżyser Adam Kesher urządza casting do nowego filmu. Jest jednak marionetką, którą steruje gangster, mający wygórowane wymagania co do... kawy. Kesherowi zostaje narzucona obsada ról. Stara się zbuntować. Jednak tajemniczy kowboj, który wkracza do akcji, nakazuje mu poddać się woli innych i wybrać do głównej roli wskazaną wcześniej kandydatkę. Adam ma wtedy wypowiedzieć znamienne zdanie: "To jest ta dziewczyna." Te z pozoru banalne słowa powracają w tym filmie jak mantra.

To jeden z tych nielicznych filmów, których człowiek po pierwszym obejrzeniu nie zrozumie.
Jak słusznie zauważył Arkadiusz Lewicki w swojej książce 'Sztuczne światy. Postmodernizm w filmie fabularnym' - 'Film ten przypomina dziwne puzzle, w których na każdym elemencie odnajdziemy zdjęcie, złożone zaś w całość przedstawiają obrazek abstrakcyjny, sugerujący jedynie pewien nastrój i klimat.'

Film ten po raz pierwszy obejrzałam jakiś rok temu i po prostu mnie zafascynował. Nigdy nie pominę okazji, aby rzucić okiem na niego kiedy tylko mam taką możliwość.
Nie waham się stwierdzić, że Mulholland Drive jest filmem bardziej przerażającym niż niejeden typowy horror.
To, co przeraża w nim najbardziej to mroczny, przygnębiający klimat i przede wszystkim samotność bohaterów, ich niemoc w obliczu bezwzględnego i okrutnego życia, jakim rządzi się Hollywood.
Zdaję sobie sprawę, że wielu widzów nie rozumie tego filmu. Fakt - można się pogubić. Ja także za każdym razem po jego obejrzeniu nie do końca rozumiem pewne kwestie.
Jednak sądzę, że jest to dla niego (filmu) na plus.
Czasem po prostu dobrze jest nie zrozumieć filmu. Fascynuje to, co jest tajemnicze i niewyjaśnione. Wówczas można po stokroć wracać do jednego dzieła i za każdym razem zgłębiać je, rozpatrywać, próbować dociec prawdy i rozwikłać pewne kwestie. To właśnie się dzieje z filmem Mulholland Drive.
Chyba właśnie dlatego tak bardzo uważam ten film za rewelacyjny.
Oczywiście pomijam znakomitą grę aktorów, a zwłaszcza aktorek, które wcieliły się w postaci głównych bohaterek: Naomi Watts oraz Laura Harring.
Warto zapoznać się z tym filmem, bo to naprawdę specyficzny rodzaj kina. Kino trudne i niejednokrotnie niezrozumiałe, ale jakże znakomite w swej całości.
W przypadku Mulholland Drive skazani jesteśmy na wieczne domniemania i jak słusznie zauważył wspomniany już A. Lewicki - '...nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich sensów...' (w filmie).

28.03.2009 o godz. 15:35
Sakebi
Sakebi
Skąd: Lębork
O mnie: Filmosapiens...
statystyki
  • Czas na Bloblo: 29 dni 11 godzin 27 minut
  • Napisanych notek: 50
  • Komentował: 833 razy
  • Zebranych komentarzy: 86
  • Ostatni wpis: 05.09.09, 11:04
  • Wpis średnio co: 22 dni
  • Profil odwiedzono: 152186 razy
  • Ilość avatarów: 10
  • Ilość zdjęć: 169
  • Ilość filmów: 40
  • Ilość logowań: 459
  • Ostatnie logowanie: 02.08.10, 09:07
  • Ostatnio odwiedzili: sukincorka-pani-bastet, bloody, ucce, takajedna, Marilyn, LITALI, Tenen, Lullaby, mirabel, RudaRyuu
sekcja użytkownika
Moja strona www:

Japoniadream.pl - Serwis o japońskiej sztuce filmowej

Moja galeria zdjęć:

Moja galeria zdjęć

Warto kliknąć:

Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl

Fundacja Azylu pod Psim Aniołem